Na pewno każdy z Was ma za sobą próby wdrożenia zdrowych nawyków. Ktoś zaczął jeść więcej warzyw i ma wreszcie fajną kupę (tak, zaczynam wpis od kupy!). Ktoś przestał pić alkohol i wreszcie budzi się wypoczęty. Ktoś zaczął biegać i przestał mieć negatywne myśli. Ktoś zaczął medytować i czuje większy wewnętrzny spokój. Ktoś odinstalował sobie socjale i poczucie własnej wartości zdecydowanie mu się zwiększyło, i wreszcie może się skupić. Ktoś odstawił nabiał i skończył się problem z zatokami. Ktoś zaczął pływać i przestały go boleć stawy. Ktoś przestał jeść po 18:00 i schudł pięć kilo ‘sam z siebie’.
Domyślam się, że takie zmiany sprawiły, że poczuliście się świetnie. Poczuliście się lekko, mieliście więcej energii i bardziej pozytywne nastawienie do życia. I pewnie jakieś 95% z Was, pomimo tego dobrego samopoczucia, z czasem zarzuciło te nawyki. Dlaczego? Odpowiedź – życie! Choroba najbliższych, stresujący okres w pracy, remont, awaria auta, urlop, regresja spania u dzieciaka, mycie okien na Święta, wrodzone lenistwo, a najczęściej wszystko na raz. Co ciekawe, w momencie, kiedy tej energii i pozytywnego nastawienia do świata potrzebujemy najbardziej, cofamy się do złych nawyków, które tylko pogarszają sytuację.
Otóż okazuje się, że zdrowe życie jest w dzisiejszym świecie pełne…. niedogodności. Chcesz jeść więcej warzyw? Musisz je sobie sam przygotować. Niestety nikt nie dowozi pysznej, świeżej i chrupiącej sałatki o 20:00 w piątek. W menu firm dowozowych nie ma zupy z pieczonych warzyw ani kaszy gryczanej. Pizza? Proszę bardzo. Po całym dniu jesteśmy tak zmęczeni, że łatwiej jest wypić kieliszek wina z Netfliksem niż iść na basen. Medytacja wymaga gwarancji minimum 15 minut spokoju i tego, że nikt nie będzie Cię potrzebował. Ograniczenie nabiału/glutenu/soli (niepotrzebne skreślić) wymaga czytania etykiet, rezygnację z wielu gotowych produktów i znaczne utrudnienia w jedzeniu ‘na mieście’. Bieganie czy spacery wymagają wyjścia z domu i chociaż kawałka zieleni, o którą w miastach coraz trudniej. No a wypisanie się z socjali skazuje Cię na życie na społecznej prowincji, a poza tym co robić z rękami, jak czekasz na autobus?
Wszystko to, co opisałam w pierwszym akapicie to elementarz, abc, absolutna podstawa naszej zdrowej egzystencji. Nie wymaga nakładów finansowych, nie wymaga specjalistycznej wiedzy, nie wymaga konsultacji z lekarzem. Dlaczego jest więc tak cholernie trudne? Dlaczego jako kolektyw jesteśmy coraz grubsi i coraz częściej chorzy, coraz bardziej rozkojarzeni i generalnie przez to coraz bardziej nieszczęśliwi?
Branża wellness, której zadaniem jest nasze dobre samopoczucie jest warta biliony. Mam jednak wrażenie, że poprawa naszego samopoczucie to tylko ich slogan reklamowy. Nie za bardzo da się zrobić biznes ze spacerów na świeżym powietrzu albo z faktu, że można jeść szpinak i pić rosół, zamiast kupować Athletic greens i kolagen w saszetkach. Zamiast wspierać przygotowywanie prostych posiłków w domu z sezonowych składników, proponują nam zamienniki typu ‘Huel’ (pełnowartościowy posiłek w butelce) – możesz żyć zdrowo nawet w biegu! A my to kupujemy, bo raz po raz wierzymy, że gdzieś jest droga na skróty, że przecież to zdrowe życie powinno być łatwiejsze.
Darmowe filmiki z gimnastyką na YouTube – nuda. Trzeba wymyślać kolejne trendy jak hyrox czy reformer pilates. To co kiedyś nazywało się pompkami, teraz jest kalisteniką (!). Nie musisz mieć super zegarka czy pierścionka, który powie Ci czy się dzisiaj wyspałeś. Jeśli palisz fajki i pijesz regularne alkohol, to żaden kosmetyk nie sprawi, że będziesz mieć cerę jak Koreanki. Popularność ozepmiku i podobnych rozprzestrzenia się z szybkością dzikiego pożaru. Narracja wokół otyłości totalnie się zmieniła. Zauważyliście, że teraz pisze się o otyłość jak o chorobie? To nie Twoja wina, że opychasz się ciastkami, po prostu choroba jak każda inna i istnieje na to lek. Rak płuc też jest chorobą, w znacznym stopniu powodowany paleniem fajek. Jasne, że są osoby, które faktycznie mają chorobę metaboliczną, ale to jest malutki odsetek społeczeństwa, a większość ludzi, która stosuje ozempik nie jest nawet medycznie otyła.
Na nasze problemy ze złym samopoczuciem czy zdrowiem zawsze znajdzie się jakiś produkt: suplement, proszek, aplikacja, gadżet, kosmetyk, dieta, egzotyczny korzeń niedawno odkryty w lasach Amazonii. I ja też oczywiście ulegam temu marketingowi. Za każdym razem, kiedy próbuję skupić się bardziej na dbaniu o siebie kupuję jakiś nowy gadżet, książkę kucharską czy subskrypcję. Aby się zmotywować. Prawda jest jednak taka, że nic co oferuje branża wellness służy naszemu dobrostanowi, ma tylko zadanie wydrenować nam portfel. Skoro te wszystkie produkty są takie super, to dlaczego nie ważę 55 kilo?
Mniej więcej od początku tego roku przestałam o siebie dbać. Zaczęło się od zlecenia, nad którym pracowałam przez wiele weekendów i wieczorów, a potem już jakoś poszło. Przez wiele miesięcy było mi ze sobą źle. Jelita znowu zaczęły strajkować, szczególnie na urlopie, bo przecież wszystko takie pyszne w Polsce. Doszłam, po raz kolejny, do momentu, w którym muszę się za siebie ‘wziąć’. Okazuje się, że ‘po urlopie’ to idealny czas na pozytywne zmiany, szczególnie, że przez pierwsze kilka dni w domu nie było z nami dzieci. Lodówka jest pusta, więc łatwiej jest zapełnić ją zdrowym jedzeniem. Jesteśmy wypoczęci i zrelaksowani, więc w mniejszym stopniu szukamy ‘pocieszaczy’ w postaci alkoholu czy czipsów. Zresztą często z urlopu wracamy objedzeni i opici, i chcemy czegoś lżejszego. Na jakiś czas byliśmy wyrwani z poprzedniej (niezdrowej) rutyny, więc łatwiej jest się zresetować. Masz chwilę oddechu aby zdecydować, jak ułożyć na nowo przestrzeń wokół siebie. Od miesiąca staram się właśnie tak robić i tym razem z jak najmniejszą ingerencją branży wellness, za to z dużą dozą zdrowego rozsądku.
Wrzesień – tydzień 3
Pisałam, że wrzesień będzie brutalny, tylko nie wiem jeszcze jak bardzo. No cóż, ten tydzień był faktycznie ciężki. Jeśli miałabym go podsumować jednym słowem to jest to ‘awaria’.
W poniedziałek pojechałam do Londynu, na warsztaty z ‘opowiadania historii’. Pewna profesorka w świetnych różowych adidasach od Jimmy Choo, prezentowała nową metodą pracy ze studentami. Kiedy oni opowiadają historię o swojej dorywczej pracy, mają sobie zdać sprawę ile nowych umiejętności nabyli, które mogą im pomóc w przyszłej karierze. Miałam okazję posłuchać kilku zawodowych bajarzy, w tym faceta, który ma tytuł ‘globalnego bajarza’ dla firmy z tzw. wielkiej czwórki.
Spotkanie miało miejsce w Bloomsbury, na kampusie University of London. Mój pociąg się trochę spóźnił, więc mocno się spieszyłam. Dojechałam metrem na stację Russell Square. To jedna ze stacji, gdzie z metra wyjeżdża się windą. Schody są, ale to 176 stopni w formie spirali. Przez megafony co chwila ogłaszają, żeby nie iść schodami, chyba że ma się formę jak Chodakowska. Ponieważ do windy była kolejka, stwierdziłam, że użyję schodów. Spuchłam mniej więcej w jednej trzeciej. Pokonana zeszłam z powrotem na dół i potulnie wzięłam windę.

We wtorek byłam za to w Bristolu, na comiesięcznym spotkaniu dyrektorów i szefów zespołu. Podczas mojej prezentacji pokazałam im czym różni się stopa zwrotu w badaniu na próbie losowej, a badaniu całej populacji. Aby dobrze to zilustrować posłużyłam się kreskówką Bluey. Duży szef powiedział, że dobrze by było to pokazać zarządowi. Jego sekretarka zapisała w notatkach ‘Bluey goes to the board’.

W tym samym czasie bateria w elektrycznym samochodzie Jona przeszła od bohatera do zera w ciągu 48 godzin. W poniedziałek pojawiła się kontrolka, że bateria ma ograniczoną pojemność, a we wtorek totalnie umarła. Na szczęście producent daje długą gwarancję na baterię. W środę przyjechał pan z lawetą, a my dostaliśmy auto zastępcze. Nowszy model, nówka nie śmigana, w dodatku z darmowym ładowaniem w ładowarkach producenta! Stare auto z wymienioną baterią ma wrócić pod koniec października. Te samochody mają opcję ‘pierdzenia’. Pod każdym siedzeniem jest głośnik i z deski rozdzielczej można komuś zapuścić bąka. Nowszy model potrafi za to również puszczać bąki na zewnątrz. Teraz ulubioną rozrywką mojego męża jest pierdzenie samochodem podczas postoju na światłach i obserwacja reakcji przechodniów.
To nie koniec przygód. W środę umarła nam zmywarka. Odziedziczyliśmy ją po poprzednich właścicielach i z tabliczki znamieniowej wyszło nam, że ten model ma między 16 a 20 lat. Miała prawo wyzionąć ducha. Nie ma chyba dobrego momentu na to, aby zepsuła się zmywarka, ale z pewnością relatywnie najlepszym momentem jest ten, w którym masz w domu fachowca, który może zainstalować nową (mamy zintegrowany model, więc jest z tym trochę więcej zabawy). Sklep z AGD zażyczył sobie 40 funtów za dostawę (i dopiero w sobotę). Podjechałam więc moją Yariską. Z mojego doświadczenia wynika, że naprawdę niewiele jest rzeczy, których nie da się załadować do małego hatchbacka.

W czwartek pojechaliśmy do nowej szkoły starszej P. i poznaliśmy jej wychowawczynię. Zrobiła na mnie dobre wrażenie, szczególnie, że jej specjalizacją jest…. socjologia. W małej łazience widać postępy, myślę, że w przyszłym tygodniu feniks zacznie się wyłaniać z popiołu. Jestem zachwycona naszym fachowcem i mam szczerą nadzieję, że to początek długiej i udanej współpracy. Fachowiec jest młodszy ode mnie, a w DAD jest wiele do zrobienia.

W sobotę odwiedziła nas na ploty nasza była sąsiadka z córkami. Oni też już się wyprowadzili ze swojego MAD i niestety mieszkają na nowym osiedlu po drugiej stronie miasta. Patrzę na nasze dziewczyny i myślę sobie, jak fajnie by było, gdybyśmy dalej byli sąsiadami, teraz gdy dzieci są starsze mogłyby sobie ganiać samopas, jak w dawnych czasach. Dom obok nas był ostatnio na sprzedaż, ale trochę poza ich zasięgiem finansowym. Nowi sąsiedzi mają nastoletnią córkę, która woli się zadawać ze swoim chłopakiem, który jeździ na motorze.
Uff, przed nami kolejny fascynujący tydzień. Tym razem czeka mnie (na szczęście już ostatnia w tym miesiącu) podróż służbowa do Birmingham.
Dodałam przycisk z lajkiem. Można go nacisnąć i dać mi znać, że ‘jestem’, ‘przeczytałam’, ‘dobra robota’, ‘fajnie, że jesteś’, ‘doceniam to, że piszesz’. Dla mnie jest to znak, że ktoś tam po tej drugiej stronie jest i czyta. Umawiamy się, że naciśnięcie tego przycisku nie oznacza, że koniecznie zgadzacie się z treścią wpisu, ok?

Wszystko jest w głowie i trzeba to przepracować. Nie pomoże nam żadna aplikacja, jeśli sami się nie postaramy. Moim najlepszym sposobem na niejedzenie chipsów, ciastek i innych tego typu śmieci jest ich niekupowanie. Jeśli nie masz ich w domu, to ich nie zjesz. Kiedyś przechowywałam takie rzeczy dla gości i zazwyczaj to nie goście je zjadali. Obecnie kupuję tylko, jeśli mam zapowiedzianych gości i wiem, że oni takie rzeczy jedzą. Jeśli nie, to na stół wędrują owoce, ser czy co tam mam zdrowego w lodówce. Apki z grami – wyrzucone z telefonu. Facebook – wyrzucony z telefonu. Social media – nie mam kont. O wiele łatwiej walczyć z pokusami, jeśli do użycia czegoś musisz to znaleźć, zainstalować, założyć konto.
Zgadzam się, że wszystko jest w głowie a ‘zrobienie’ sobie dookoła sprzyjającego środowiska jest ważne.
Pytasz, dlaczego to tak cholernie trudne? Dlatego, że człowiek (mam na myśli siebie) jest z natury leniwy i łakomy. W moim przypadku alkohol i czipsy mogłyby nie istnieć, ale bez słodyczy życie traci urok. Cały dzień odżywiam się super zdrowo, a wieczorem…
Dobrze sprawdza się wyjazd, brak szafki ze słodyczami i spacery, zwiedzanie. Na aplikacje, liczenie kalorii i inne internetowe mądrości nie tracę czasu. Przecież od zawsze wiadomo, że zupa jarzynowa jest zdrowsza, niż lody, a ruch lepszy, niż leżenie w fotelu. Chociaż lody smaczniejsze, a leżenie przyjemniejsze. Podziwiałam Cię, gdy kiedyś odnosiłaś sukcesy w dziedzinie odchudzania, myślę, że teraz też Ci się uda, bo rozumiesz, o co chodzi.
Fajnie to napisałaś. Nie powiedziałabym, że człowiek jest z natury leniwy. Nasze ciała i mózgi po prostu nie nadążają za ewolucją. Jesteśmy zaprogramowani aby lubić cukier, problem w tym, że tego cukru jest teraz za dużo. A dlaczego? Bo biznesy odkryły, że naszą ewolucyjną miłość do cukru można zmonetynować. Tak samo z lenistwem, kiedyś to pewnie było oszczędzanie energii, ta była potrzebna aby przeżyć, coś upolować i się rozmnażać. A teraz trzeba jeszcze myć okna 😉
Pimposhko, chylę czoło za ten wpis, zwłaszcza ta pierwsza część mnie zachwyciła. W końcu ktoś potwierdził moją opinię dotyczącą otyłości jako choroby. Tyjemy, bo za dużo żremy, a nie że chorujemy (naprawdę mało ludzi jest chorych na otyłość). Podobnie jak z alkoholizmem. To też nie jest dla mnie choroba. Każdy z nas wie z czym związane jest nadmierne spożywanie alkoholu. Więc jaka choroba?
Jak słyszę jak ktoś mówi: zegarek mi powiedział, że dzisiaj źle spałem (am) to mi się nóż w kieszeni otwiera.
Coraz mniej myśli, za to coraz lepsze wymówki mamy.
Ale się rozpisałam.
Alkoholizm to choroba, otyłość to choroba. Polecam edukację.
Dziękuję za polecenie. Ja przedstawiłam swoje zdanie i pozwól mi przy nim pozostać.
Osobiście jestem z Tobą. Napisałam j.w.
Nie jestem ekspertką ale wydaje mi się, że wśród naukowców nie ma zgody co do tego, czy otyłość jest jednostką chorobową. Większa zgoda środowiska jest na to, że otyłość powoduje szereg innych chorób np. cukrzycę, miażdżycę, nadciśnienie itd. Poza tym otyłość trudno zdefiniować, są np. osoby całkiem grube, które mają generalnie bardzo dobre wyniki i w zasadzie ‘nic im nie jest’. A jeśli już mówimy o otyłości per se jako choroby to oczywiście są osoby, które mają predyspozycje genetyczne czy mentalne. Tak samo jak alkoholizm. Chodzi mi o to, że szczepionki dla grubasów to tylko plaster na wiele systemowych problemów z naszym zdrowiem w rozwiniętych społeczeństwach i z pewnością zdejmują z nas część odpowiedzialności za własne zdrowie. Ta leki mają też skutki uboczne i kto będzie za to płacił? Zdaję sobie sprawę, że ktoś może zjeść trzy porcje frytek i będzie szczupły, a ktoś zje jedną porcję i od razu pójdzie mu w boczki. Ale jak słyszę, że ktoś tyje od samego patrzenia na frytki to jednak chce mi się śmiać.
NIE MA ludzi chorobliwie otyłych, którzy zdrowo jedzą. Był kiedyś tak program w TV, do którego zgłaszały się osoby pt. No jem już samą sałatę a i tak nie mogę schudnąć. I za tymi osobami przez tydzień chodził kamerzysta i można było zobaczyć jak ta ‘sałata’ wygląda w praktyce.
Źle się wyraziłam, otyłość ma podłoże w psychiatrii. Jej leczenie nie polega na zastrzyku ale na leczenie tego co w głowie. A to co w głowie to chemia nastroju. W leczeniu uzależnień mówi się o chorobie emocji właśnie, i o nałogowym regulowaniu emocji. Leczcie to terapia psychologiczna najpierw, nie tabletka i nakaz jedzenia sałatki.
A to tu się możemy zgodzić! 🙂
I tu się z Tobą zgadzam. Jednakże łatwiejsze nawet niż zjedzenie tabletki jest zrobienie sobie zastrzyku (co prawda nie wiem co jest tańsze cenowo).
Wg mnie zarowno w otylosci/nadwadze/byciu grubasem jak w alkoholizmie zaczyna sie od naduzywania i zajadania/zapijania emocji. Choroba staje sie to pozniej, kiedy mechanizm jest juz porzadnie rozwiniety i stres=picie/zarcie. Faktycznie, solidnie uzalezniona od slodyczy/chipsow/weglowodanow/fast foodow/innego smieciowego zarcia osoba (lub pijaca regularnie alkohol, bez znaczenia w jakiej ilosci) jest wg mnie chora i ciezko jej rzucic nalog. Trzeba przejsc okres odstawienia, a to jest cholernie nieprzyjemne. Ale potem mozna zyc dalej i nie spozywac alko/paskudnego, niezdrowego zarcia. Ot, caly sekret.
Przyznaje, ze mnie Twoje sposoby z tabelami, wykresami, przepisami, zegarkami i zew specjalistami odchudzania dotad zawsze bardzo dziwily stopniem komplikacji dosc prostej w sumie czynnosci, jaka jest uporzadkowanie jedzenia, regularnosc, niekupowanie syfnego, niejedzenie na miescie itd. Ale nie komentowalam nigdy, bo to nie moja rzecz komu co pomaga i w co wierzy. Fajnie, ze probujesz czegos innego. Uda sie! 🙂
Z pewnością emocje grają ogromną rolę. Również środowisko. Na przykład epidemia otyłości zaczęła się jakoś w latach osiemdziesiątych. I to nie było tak, że nagle globalnie straciliśmy silną wolę, tylko Big Food zaczął nas karmić coraz bardziej tuczącym ale też pysznym żarciem. Do tego coraz popularniejszy siedzący tryb pracy, mniejszy dostęp do natury itd.
Uważam, że jeśli nowe gacie sprawią, że ktoś będzie chętniej chodził na siłownię, to niech tak ma. Masz rację, że każdy robi tak jak uważa i co na niego działa. A do pewnych wniosków też każdy musi dojść sam i tylko krowa nie zmienia zdania. 🙂
Wkurza mnie natomiast okrutnie, że codzienne nowoczesne życie jest tak skonstruowane, że te właśnie proste i naturalne czynności są dla niektórych tak trudne.
Pimposhko,otylosc to jednak choroba tak jak alkoholizm. To troche jakby powiedziec ze anoreksja to nie choroba, bo przeciez wiadomo ze jesc trzeba. Gdyby to bylo takie latwe to wszyscy bylibysmy szczupli i w dobrej formie. Niektorzy potrzebuje pomocy farmakologicznej i tyle.
Nie zgadzam sie z uogolnieniem ze wiekszocs ludzi uzywajacych Ozempik nie jest medycznie otyla. Biorac pod uwage cene lekow GLP-1 niewielu ludzi w Polsce bierze je jako widzimisie, to samo w Irlandii gdzie mieszkam.
Zgadzam sie natomiast ze to cale szalenstwo zwiazane z zegarkami, pierscionkami ktore nam powiedza jak sie czujemy to czysty marketing i skok na kase. Niestety zabija to w ludziach odpowiedzialnoc za samych siebie.
Napisałam powyżej, naukowcy nie potrafią się zgodzić, czy otyłość jest chorobą czy nie. Co do ozempików i innych nie zgadzam się z Tobą ani trochę. Nie wiem jak wyglądają statystyki, dlatego, że podziemie szczepionek dla grubasów jest ogromne. Dziwię się, że ludzie kupują w Internecie leki z niepewnego źródła. A dlaczego się nie zgadzam? Szukałam niedawno jakiegoś serwisu, który ułożył by dla mnie szybkie i zdrowe menu, wiesz dla zapracowanej kobiety, co chce jeść zdrowo i idealnie gotować raz/dwa razy w tygodniu. Nie znalazłam. Za to co znalazłam to multum (multum!) nowych serwisów oferujących GLP-1 od marek jak Boots czy Holland&Barrat do zupełnie nowych biznesów, które wygląda na to powstały jak grzyby po deszczu. A jeśli jest aż taka podaż to musi być też popyt. Koszt leków zaczyna się od 40 funtów miesięcznie, owszem to promocyjna cena na początek ale firm jest tyle, że można spokojnie jechać przez rok na takich promocjach (potem kosztuje to 100-150 funtów i nie uważam, że to jest bardzo drogo biorąc pod uwagę, ile kosztuje dziś jedzenie, którego będziesz jeść przecież mniej). Nie zgadzam się więc, że cena jest zaporowa i tylko dla nielicznych. Dodatkowo M&S w tym roku wprowadził całą gamę małych posiłków, ze specjalnym przeznaczeniem dla osób, które korzystają z takich leków – posiłki są małe ale zbilansowane. Sprzedaż ubrań w największych rozmiarach (20 – 24) podobno w UK znacząco spadła. Restauracje również wprowadzają mniejsze porcje. To mi daje sygnał, że jest to zjawisko masowe, kto wie, może za parę lat będziemy mieć hołd grubego ciała jak za czasów Rubensa, bo po ulicy będą chodzić same patyki?
Wspominasz GLP-1 od marek Boots lub H&B, jakos trudno mi uwierzyc ze sa to faktyczne GLP-1 poniewaz te leki so nadal na patentach przez glownych producentow- Novo Nordisk i Eli Lilly wiec generykow raczej na rynku byc nie moze.
To chyba bardziej udawane GLP-1. Faktycznie widzialam nawet filmiki o plasterkach na chudniecie.
Ja mowilam o prawdziwych GLP-1 wydawanych na recepte, te sa drogie. W Irlandii np Ozempic refundowany tylko na cukrzyce typu 2, na otylosc trzeba placic z wlasnej kieszeni. Za mounjaro trzeba placic z wlasnej kieszeni nawet na cukrzyce.
W Polsce tak samo. Mam mame lekarke a pacjentami, ktorzy przy ogromnej otylosci naprawde potrzebuje tych lekow ale ich po prostu na nie nie stac.
Moze w UK sytuacja wyglada inaczej, Irlandia jest duzo bardziej restrykcyjna w kwestii sprzedazy lekow i duzo drozsza.
Hej, nie nie źle mnie zrozumiałaś. Chodzi mi, że to są prywatne apteki, które sprzedają znane leki od firm, które wymieniasz, nie swoje ‘zamienniki’. Właśnie wpadł mi w ręce artykuł więc się dzielę, w UK podobno oficjalnie 1.8 mln ludzi bierze takie zastrzyki a 3.3 mln deklaruje chęć. Podobno prywatne apteki wypisują 10 razy więcej recept na te leki niż NHS (co raczej obala Twoje przekonanie, że ludzie nie mają pieniędzy i na pewno nie biorą tego ot tak sobie). Aby dostać lek na NHS trzeba mieć BMI 35, w prywatnych aptekach wystarczy już tylko 27, a ludzie podobno i tak oszukują (np. pogrubiają się na zdjęciach za pomocą sztucznej inteligencji) aby dostać lek w prywatnej aptece. Wszystko dzieje się online więc trudno to sprawdzić. I o to mi chodziło.
Aha.
W Irlandii chyba tego nie ma na taka skale, chociaz strony sa. Ale Irlandczycy generalnie sa malo farmakologiczni, no chyba ze lekarz przepisze. Totalne przeciwienstwo Polakow 😉
To bylam ja- Agata
Biznes to biznes, Pimposhko. Również ten wellness. Nie jedz mięsa — będzie lepiej; jeździj EV — nie szkodzisz środowisku (disclaimer: też jeżdżę Teslą); płatki owsiane są dla ludzi; lampka wina dla zdrowia, etc. Zgodzę się z Agatą: alkoholizm i otyłość to choroby, jakkolwiek by na to patrzeć. Masz rację, jeśli chodzi o gadżety i kalenistic. Nie używam gadżetów, ale kalistenikę ćwiczę z przerwami od lat. Zanim się tak nazywał.
Medytacja może być w czasie spaceru albo szycia! Bo musisz skupić się na szyciu. I nic innego nie zajmuje twojej uwagi, czyli myśli jednobiegunowe. Nie jest to ohm i siedzenie w pozycji lotosu.
Mamy zbyt dużo informacji i coraz mniej myślenia. Nawet na płynie do chłodnicy jest napis, aby tego nie pić.
Prostota zdrowia to jeść jedzenie, które jest jedzeniem. Mój dziadek zawsze mówił: „Jedz rybę, bo to naturalne. Ryba umie pływać. Widziałaś kiedyś, żeby paluszek rybny pływał? Bo nie, więc to nie jest jedzenie.” Zgódź się czy nie, ale dla mnie to ma sens.
Miłego czwartku.
Zdrowy rozsądek zawsze ma sens. Co do tego czy otyłość jest chorobą to się nie zgadzam, i nie tylko ja. Napisałam już o tym powyżej.
Spoko, każdy ma prawo do własnej opinii. Let’s agree to disagree 🙂
Oczywiście 🙂
O branży wellness zgadzam się zupelnie:) twoje rozczarowanie brzmi trochę jak odkrycie starego dobrego Marksa (który został tak nam obrzydzony w Polsce!) i jego krytyki kapitalizmu – czyli po prostu piszesz o fetishism of commodities. Rzeczy nie są produkowane po to, by zaspokajac nasze potrzeby, ale po to, by zostać kupione i sprzedane. Niektóre z myśli Marksa nawet po 150 latach są nadal aktualne:D
Oh jak ja lubię Twoje socjologiczne komentarze 🙂 I oczywiście masz rację.
Ooo dziekuje bardzo! Z socjologiem zawsze milo pogadac:)
ps. I wreszcie dodałam Cię do mojej blogrolki! Teraz będę czytać na bierząco.
I komentować 🙂
Nic nie piszę o socjologii, chyba sie rozczarujesz:) jak cos napisze, to mi wychodzi taki dlugasny artykul, ze wiem, ze nikt tego nie przeczyta, hehe.
Marks i Orwell zawsze brzmią na czasie