W sobotę starsza P. i ja wybrałyśmy się do Oxfordu. Umówiłam nas do mojej fryzjerki, salon jest dokładnie naprzeciwko mojej pracy więc plan był taki, że przy okazji przywiozę sobie kilka gadżetów z biura – chodziło mi głównie o podnóżek.
Wyjechałyśmy rano z domu i jak tylko zjechałam na autostradę to zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno mam ze sobą klucze. Nie udało mi się ich zlokalizować w aucie więc zawróciłyśmy. Jak wyszłam z samochodu pod domem to okazało się…. że na nich siedziałam!
Nie zraziłyśmy się jednak takim początkiem i zaczęłyśmy jeszcze raz. Do Oxfordu przyjechałyśmy o dobrym czasie no i miałam cudowną miejscówkę do parkowania.
Szefostwo techniczne budynku pozwoliło mi zablokować ‘quad’ (tak nazywa się wewnętrzny plac w uniwersyteckich budynkach) bo to weekend. Niestety obróciło się to przeciwko mnie ale o tym za chwilę. Najpierw weszłyśmy do budynku. W biurze nie byłam od 17 marca! (i nie wrócę tam przynajmniej aż do stycznia). Elektroniczny zamek szybko zareagował na moja kartę chociaż ostrzegano mnie, że to może potrwać. Weszłyśmy, o rany! Poczułam się jak w domu….
Budynek oczywiście głuchy, starsza P. nawet zaczęła trzymać mnie za rękę. Takie wnętrza budzą respekt. Na wejściu stał płyn dezynfekujący do rąk. Od razu poszłyśmy na strych, gdzie jest moje biuro. Zapakowałam podnóżek, kalkulator, kilka innych drobiazgów z mojego biurka, zrobiłam zdjęcia wszystkich biurek aby podesłać kolegom i koleżankom z działu. Zadzwoniłam też do kumpla, który mieszka tam gdzie ja czy mam mu coś przywieźć, poprosił o sandały, które miał pod biurkiem. Podlałam kwiatki, które przeżyły kwarantannę i tyle.
Smutno było wychodzić. Przez chwilę poczułam się tak…. normalnie!
Zaniosłyśmy zdobycze do samochodu i udałyśmy się do fryzjera. A tam same niespodzianki. Przed fryzjerem dwa krzesełka, można usiąść i poczekać, aż zaproszą do środka, trzeba być w maseczce.

Recepcjonistka zaprasza nas do środka, mierzy nam temperaturę takim termometrem co nie dotyka czoła. Następnie obowiązkowa dezynfekcja rąk i już możemy poczekać w poczekalni. Cały personel nosi przyłbice. Przychodzi po nas moja fryzjerka, ona wróciła do pracy dopiero kilka dni temu. Okazuje się, że maseczki mamy mieć na sobie cały czas, także podczas mycia i strzyżenia. Starsza P. czeka na swoją fryzjerkę a ja idę do mycia. Pomiędzy stanowiskami do mycia zainstalowano plastikowe ekrany, są podwieszone na linkach do sufitu, a linki są owinięte sztucznym bluszczem aby było ładnie. Z salonu zniknęły magazyny do czytania, nie zaoferowano mi nic do picia, a zamiast czarnego satynowego szlafroczka dostałam jednorazowy plastik. Na koniec poprosiłam fryzjerkę aby sama wyciągnęła sobie napiwek z mojego portfela. Ale poza tym to wszystko było tak samo ;).



Po fryzjerze czas na lancz. Wielka ekscytacja bo idziemy na nasze pierwsze sushi od marca! Okazuje się, że chodniki w Oxfordzie są jednokierunkowe. Niestety mało kto zwraca na to uwagę, za to ludzie chodzą w maseczkach, w sklepach 100%, na ulicy tak jakieś 30% chodzi w maseczce, choć na zewnątrz nie trzeba.
Generalnie jest ‘jak zwykle’, sklepy pootwierane, lokale maja nowe stoliki na chodniku, człowiek czuje się trochę jak w Rzymie. Znowu czuję normalność i jakąś taką lekkość w sercu. Wchodzimy do Wasabi (knajpa sieciowa z sushi). Jest dosłownie kilka krzeseł, ale wszystkie puste bo jest jeszcze przed 12:00. Na wejściu dezynfekcja i oczywiście obowiązkowe maseczki. Sprzedawcy za pleksi. Bierzemy sushi, możemy usiąść. Mój pierwszy posiłek poza domem od połowy marca.

W połowie lanczu telefon. To Ted. Okazuje się, że zaparkował na quodzie i… nie może wyjechać. Ted pracuje w budynku jako woźny i ma klucze do quoda. Okazało się, że przyjechał z rodziną na zakupy i chcą wracać. No i zonk. Niestety musimy kończyć jedzenie i szybko wracać. Jest mi szkoda, liczyłam na jeszcze jedną godzinę w Oxfordzie, jakieś zakupki, spacerek, nie powdychałam Oxfordu wystarczająco. Zła byłam na Teda. Ja miałam autoryzację, on sobie przyjechał bo ma dostęp i traktuje quod jak darmowy parking w weekendy. Niefortunnie się spiknęliśmy. Chyba wydębię od niego kopię klucza na poczet strat moralnych. Widziałam, że było mu trochę głupio.
Jeśli ktoś się zastanawia skąd Ted wiedział, że to moje auto go blokuje to jako dobry samarytanin na wszelki wypadek zostawiłam kartkę w aucie, że to moje auto. Mogłam nie zostawiać, ale wtedy Ted by pewnie zadzwonił na policję nie wiedząc czyje to auto bo w sumie to zaparkowałam bardzo nielegalnie. No nic. Jak już wypuściłyśmy Teda z rodziną (jego żona jest Polką) to już nie chciało się młodej wracać do sklepów więc my też wróciłyśmy do domu.
A to moja nowa przestrzeń pod biurkiem w domu.
Ale i tak było fajnie! Miłego tygodnia, pomimo złych wiadomości.
Nie mogłam się zdecydować czy ten bluszcz mi się podobał, czy jednak był kiczowaty.
Wyjeżdżałam z domu taka podekscytowana, że nie dziwię się, że tak to się skończyło. Tyle na głowie to się czasem takie rzeczy zdarzają.
Oj tak, trudno się połapać w obostrzeniach, jedni za bardzo, inni za mało, niektóre mają mało sensu. Na przykład sprzątaczka może przyjść do Ciebie do domu i pracować legalnie, ale już rodzina odwiedzić Cię nie może itd. Co prawda to da się wytłumaczyć, że jeżeli społeczeństwo jest 'otwierane' stopniowo to lepiej najpierw wypuścić sprzątaczkę bo to lepsze dla ekonomii niż babcia odwiedzająca wnuczki. Nie każdy to jednak rozumie.
Ja w sumie też nie mam nic przeciwko pracy z domu, pod warunkiem, że nie ma w nim dzieci. Ale ta wizyta w Oxfordzie po tyle miesiącach właśnie była powiewem takiej normalności.
Nie, nie było. Maseczki najpierw były obowiązkowe w środkach transportu publicznego a w sklepach dopiero od niedawna, może parę tygodni? Choć ja chodziłam do sklepów w maseczce odkąd je otworzyli. Ted jest ok, tylko tak głupio wyszło.
Ja w sumie bylam tylko u dentysty, bez maseczki 😀
Poza domerm jeszcze nie jadlam, od marca, ale w sobote wybieram sie do ogródka piwnego, bo niedaleko od domu mi rozbudowali, z pelna gastronomia. Grzech byloby nie skorzystac. Profilaktyka wazna, ale jakas namiastka normalnego zycia tez.
No i zonk, tego sztucznego bluszczu bylabym ciekawa 😀
Fajny wypad 🙂 nam się udało dzieciaki sprzedać rodzicom na małe kolonie, w końcu sobie połazilismy po mieście, trzymaliśmy się jednak ogródków póki co.
Definitywnie zdarzały mi się akcje jak ta Twoja z kluczami, dobrze wiedzieć, że nie jestem trefnym egzemplarzem i to się jednak zdarza 😀
1. Z tymi kluczami to moglabym byc ja:-)
2. Niesamowite, jak najzwyklejsze rzeczy/czynnosci staja sie niezwykle. bo wytesknione i juz nie takie oczywiste.
3. Nie chcialam bluzgac na samym poczatku;-) Fryzjer/ka dotyka golymi rekami wlosow i glowy klienta, klient siedzi w materialowej maseczce na ustach i nosie, a jego plecy i klata owiniete sa jednorazowym plastikowym fartuszkiem??? Sa tacy, co kichaja lokciami? Dobrze ze nozyczki i grzebienie nie sa jednorazowe. Niektorzy urzednicy wymyslajacy przepisy potrafia laczyc bezsens z grzechem ciezkim. Mam nadzieje, ze dentysci nie pakuja pacjenta w worek prozniowy. Czarny humor lepszy niz zaden…
Jak ja to rozumiem – niemal miałam łzy w oczach, jak koleżanka mi przysłała zdjęcie mnie siedzącej przy biurku – takie to było normalne, chociaż mnie w sumie nie przeszkadza praca w domu, no może troszeczkę. Ale tego poczucia normalności brak.
Bardzo mi się podoba to Wasze rozwiane zdjęcie 🙂
Pozdrawiam serdecznie!
To w GB nie było wcześniej takich obostrzeń? U nas mam wrażenie, że maseczka w sklepie itp.miejscach to norma i jeśli kiedyś je zniosą, to będzie mi tego brakowało. Pech z tym Tedem, ale nigdy nie lubiłam tego imienia ;)Pozdro