Heloooooooł! Ktoś tęsknił? Bo ja baaaaardzo! Zgodnie z obietnicą wracam w Nowym Roku z nową porcją wpisów (i nowym aktualnym zdjęciem ;). Koniec listopada i grudzień były wręcz szalone!!! Jak to pod koniec roku bywa życie przyspieszyło. Mój horoskop na grudzień sprawdził się w stu procentach:
Tak wiem, że horoskopy pisane są tak, że każdy znajdzie tam coś dla siebie ale w tym roku nie mógł być bardziej trafny. A było to tak…
Uwaga, wpis zawiera ponad 90 zdjeć!
(to dlatego, że od sześciu tygodni nie publikuję na Instagramie ha ha)
Pod koniec listopada byliśmy w kinie na drugiej części Krainy Lodu. To była pierwsza wizyta w kinie młodszej P. i dzielnie wytrzymała cały film. Po kinie zaprosiliśmy Nannie (która była z nami w kinie) i Dada (który dojechał) na lancz w pubie nieopodal.
Kilka dni później pojechałam do Londynu na konferencję branżową. Nie ma to jak ubrać się pod kolor centrum kongresowego 🙂
Londyn już w pełni świąteczny:
W tym samym tygodniu spędziłam też jeden dzień z młodszą P. w domu bo Nannie pojechała na urlop, upiekłyśmy pierniczki do późniejszej dekoracji:
Grudniowa rozkładówka już gotowa:
A w ostatni dzień listopada wybraliśmy się z wizytą do królowej Elsy do miejskiego muzeum. Oczywiście odpowiednio ubrane:
Tyle kawy może oznaczać tylko jedno, zaraz odwiedzą nas rodzice:
Strasza P. ma urodziny na początku grudnia, upiekłyśmy maślane ciasteczka do szkoły:
A ja znowu w trasie, tym razem służbowo na uniwersytecie w Birmingham. To jeden z moich ulubionych kampusów, przypomina mi uczelnie amerykańskie:
W drodze powrotnej do domu zahaczyłam o pasmanterię w John Lewis, ale nie znalazłam tego czego szukałam. Za to zobaczyłam te słodkie mini motki bawełny do robienia zabawek na szydełku:
6 grudnia przyszedł do nas Mikołaj. Ja dostałam małą butelkę na wodę, która fantastycznie długo trzyma niską temperaturę.
No ale my tu gadu gadu a trzeba robić tort. Zgodnie z życzeniem na torcie miał być Harry Potter i jego ekipa. Projekt wyglądał tak:
W trakcie:
I efekt końcowy:
Po konsultacji z żoną kuzyna (również uzdolnioną w kierunku cukrowym ;) dorobiłam jeszcze różdżkę, z czekoladowego lukru.
Solenizantka była zachwycona, reszta dzieci za to nie miała pojęcia kim jest Harry Potter. W tym roku czekają mnie jeszcze trzy torty: Oompa Loompa dla młodszej i tort z Batmanem i Robinem dla kuzyna dziewczynek, no i jeszcze obiecałam tort na roczek dla jego siostry (tylko i wyłącznie dlatego, że urodziny ma w lipcu a ja mam ochotę zrobić taki typowo pastelowy tort dziecięcy).
Niestety udało mi się zrobić zdjęcie tylko górnego piętra, ale tort w środku wyglądał tak (kolory Gryfindor ma się rozumieć):
Rodzicie bezpiecznie odstawieni na lotnisko (tym razem obyło się bez przygód) a w pracy świąteczne party:
Przyszła paczka od Cioci Kasi:
A w środku:
Po raz pierwszy oddałam głos w wyborach w mojej nowej ojczyźnie:
A potem się rozchorowałam. Dwa dni w łóżku, dwa na kanapie i ileś tam dni dochodzenia do siebie już chodząc do pracy. Okropne choróbsko, chyba je rodzice przywieźli z Kanarów bo oni też zachorowali. Przez chorobę ominął mnie świąteczny lancz mojego działu, który zorganizowałam.
Tradycyjnie ubieranie choinki i pisanie kartek świątecznych. Czy wiecie, że dzieciaki w szkole mają swoją własną wewnętrzną pocztę świąteczną? Nie dziwię się, że ten naród ma taką obsesję na punkcie kartek, skoro zaszczepia się od małego:
No i pakowanie prezentów:
W grudniu nie miałam absolutnie czasu na przygotowywanie sobie jedzenia do pracy, wydałam więc fortunę na śniadania i lancze, tutaj kantyna w głównym budynku administracyjnym uniwersytetu:
No i moje ulubione placki z kukurydzą, które w grudniu jadłam chyba z pięć razy:
Były też jasełka w szkole:
A dzień później po raz pierwszy odwiedziła nas wróżka-zębuszka (to chyba jedyna ‘zachodnia’ tradycja, którą warto było przenieść na polski grunt):
U niektórych spanie to sport ekstremalny:
A w pracy się dzieje. Rano szkolenie a po południu… rozmowy kwalifikacyjne. Nigdy wcześniej nie byłam obserwatorką rozmów kwalifikacyjnych, bo są pod koniec grudnia więc zawsze wypada mi to z głowy. W tym roku jednak pamiętałam i miałam wreszcie okazję zobaczyć jak to wygląda w praktyce. Super doświadczenie ale opis wymaga osobnego wpisu. Teraz powiem tylko tyle, że aby dostać się na Oxford na wydział inżynierii należy odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje podgrzanie wody aby wziąć prysznic :).
Przedostatni dzień w pracy i moja ulubiona śniadaniownia o poranku:
Świąteczne czekoladki i (oczywiście) kartka od szefa:
Odwiedziła nas ciocia Ali na doroczne dekorowanie pierniczków, zrobiłam risotto z dynią, pancettą i groszkiem.
Dzień przed Wigilią ‘wylaszczone’ uderzamy do Londynu. Tym razem czekają na nas same przyjemności. W ramach dorocznego super prezentu dla mojej teściowej zaprosiłam ją na świąteczną popołudniową herbatkę do hotelu Ritz (rezerwację zrobiłam w lipcu!). Musicie wiedzieć, że herbatka w hotelu Ritz to królowa wszystkich popołudniowych angielskich herbatek.
Po drodze podziwiałyśmy świąteczne okna wystawowe w delikatesach Fortnum&Mason:
Ponieważ starsza P. gardzi słodkimi ciastkami dekorowanymi jadalnym złotem i serwowanymi na srebrnej zastawie (koncertowo podziubała i zostawiła wszystko co tam podano) to w pociągu wciągnęła swoje ulubione sushi:
Chociaż w Fortnum&Mason panował okropny tłok to udało mi się kupić czekoladki dla męża. Niektóre były tak wyrafinowane, że musieliśmy wyguglować co znaczy ich nazwa:
A potem Wigilia. Ponieważ nie obchodziliśmy w tym roku polskich świąt, to zamarzył mi się dobry stek na kolację. Zazwyczaj robię je w domu, ale okazało się, że dobry stek trudno kupić przed samymi świętami, więc zaprosiłam rodzinę do pobliskiej restauracji. Cudownie, że możemy taki dobry stek zjeść dosłownie pod domem. Chyba zrobię z tego rodzinną tradycję (ma się rozumieć nie wtedy kiedy będziemy świętować polską wigilię).
W nocy przyszedł Mikołaj i zostawił nam prezenty! A na świąteczne śniadanie luksusowa owsianka.
I podróż do Nannie i Dada bo Nannie przygotowała tradycyjny świąteczny obiad. Ja byłam odpowiedzialna za brukselkę:

Od Gwiazdora w tym roku dostałam kaszmirowe skarpetki do spania.
I nowe świąteczne tradycje, orędzie Królowej:
A to jeden z lepszych wynalazków świątecznej angielskiej kuchni czyli Bubble and Squeak. To ziemniaki puree z pozostałością ze świątecznego obiadu zapieczone w piekarniku następnego dnia! Pyszne!
Świąteczny spacer z psem. Moi teściowie przez całe życie mieli w domu psy ale na emeryturze trochę boją się już takiego zobowiązania. Zamiast tego postanowili zostać tymczasową rodziną zastępczą dla psów, które uczą się na psy słyszące. To już ich drugi ‘nabytek’, ma na imię Parker. Jak skończy szkolenie i zda egzamin to trafi do swojej docelowej rodziny, gdzie będzie pomagał osobie niesłyszącej.
Pobyt u teściów był bardzo relaksujący, udało nam się nawet wcisnąć wizytę w kinie, tylko we dwoje (nowe gwiezdne wojny). A w domu czekał jeszcze jeden prezent świąteczny dla mnie – kredki!
Ze starszą P. zrobiłyśmy użytek z jej (jednego z wielu) prezentów i wyczarowałyśmy kule do kąpieli
W sobotę wpadliśmy do znajomych pomóc im zjeść tort urodzinowy młodszej córki, która ‘nieszczęśliwie’ urodziła się 25 grudnia. A w niedzielę przyjęcie urodzinowe kolegi z klasy:
A ja pomimo Świąt nie do końca odpoczywam bo trafiła mi się chałtura, więc wyzwania intelektualne też są:
Moje słuchawki bezprzewodowe odmówiły posłuszeństwa i musiałam je odesłać do Apple (to historia całkiem złożona, również temat na osobny wpis). Z tego powodu odwiedziliśmy punkt nadania UPS, który mieści się w bardzo klimatycznej księgarni (specjalizującej się głównie w książkach antykwarycznych) ale ze wspaniałą sekcją dla dzieci:
Młodsza P. rzutem na taśmę (zaraz skończy trzy lata) przechodzi bunt dwulatka. W jednej minucie potrafi być super słodka aby nagle zamienić się we wcielonego diabła ‘Ja chcę moje babyccino!!!!!!’
Nowy Rok to oczywiście nowe plany i kalendarze. Jeszcze w listopadzie zaprojektowałam nasz rodzinny ścienny na następny rok ale zapomniałam go wydrukować. Przed samymi świętami bardzo ale to bardzo nie chciało mi się jechać w tym celu do centrum bo unikam świątecznej gorączki jak ognia i znalazłam świetny serwis online. Nazywa się doxdirect (klik) i serdecznie go polecam. Wydrukowany kalendarz w formacie A3 na grubym papierze doszedł do mnie w ciągu dwóch dni i to przed samymi świętami!
Pierwszego stycznia spędziłam głównie na planowaniu. W dalszym ciągu pozostaję wierna mojemu japońskiemu Hobonichi, zmieniłam tylko kartkę na okładce:
A tak wygląda stary i nowy Hobo:
No i nasze noworoczne postanowienie: jeść więcej warzyw. Ma nam w tym pomóc nowa książka Amelii Freer. To jedna z moich ulubionych autorek kulinarnych a jej dziesięciodniowy plan ‘robiliśmy‘ już trzy razy.
Może nastąpi wielki powrót bento na powrót do pracy. W pudełku na śniadanie domowa ‘fasolka bo bretońsku’ z cieciorką zamiast fasolki, dynią i dużą ilością wędzonej papryki. A na lancz sałatka z pieczonych warzyw z brązowym ryżem i innymi ziarnami, domowym pesto i kozi serek.
Uffffff! I to by było na tyle. Ale to co było dla mnie najważniejsze w ciągu ostatnich sześciu tygodni to mój cyfrowy detoks. Przy całym tym grudniowym zgiełku zachowałam spokój i zimną krew. Majty ani razu mi się nie przekręciły. Eksperyment był udany, werdykt: na bloga wracam, na Instagrama nie. Ale o tym wszystkim napiszę Wam w następnym poście, już za tydzień, w poniedziałek oczywiście, do zobaczenia!
Bardzo tęskniłam, ale detoks widzę udany! Z przyjemnością wrócę do co poniedziałkowego posta od Ciebie.
Pozdrawiam Small Megi
No właśnie widziałam u Ciebie, żeś obstawiona mediami na wszystkich frontach. Ja do Twittera nigdy nie miałam serca a z tego co słyszę tam się dopiero jet przelewa. Jest mi z tą decyzją dużo lepiej, będę jeszcze o tymi pisać, bo w tym tygodniu zaczęłam od teorii.
A co do sztucznych choinek to ja akurat wolę prawdziwe ale Jon chce sztuczną, on sam ją składa i rozkłada niech ma.
Kasiu, wbrew pozorom wcale nie jest trudno takie torty robić. Ja się cieszę, że mam tylko kilka w roku bo to duży stres jest. Ale nie powiem, lubię się dłubać w lukrze.
Moje poniedziałki też były jakby niekompletne 🙂
No skoro Ty tak mówisz, znaczy się dobrze wybrałam.
No nareszcie! Już miałam się obrazić, że nikt mojego tortu nie pochwalił ale uratowałaś honor czytelniczek.
W zeszłym roku (jeśli pamiętasz) zabrałam teściową do sklepu z bielizną. Ale w zasadzie tylko dlatego, że Ritza chciałam zabukować w listopadzie i nie było szans. Stąd w tym roku rezerwowałam w lipcu. To nie zorganizowanie, to doświadczenie ha ha.
No masz rację, efekt jojo jak nic. Kiedyś takie zdjęcia na blogu były codziennością, a potem codzienność wyemigrowała na Insta a tutaj zostały poważne rozkminki. Może teraz rozważę coś w rodzaju migawek miesiąca?
🙂
To moje posty są dawką adrenaliny? Ha ha! Tego nie wiedziałam. Ja jestem kogutem, tak jak mój tata, który jest baranem. Pamiętam jak kiedyś ś.p.Henryk Bista w programie u Niny Terentiew powiedział, że on jest rybą. Jak ryba żywotny i pełen sprzeczności. I ja też tak mam.
Dziękuję Ci bardzo 🙂 Ja też się cieszę, że już jestem.
Oj tesknilam za poniedzialkowymi wiadomosciami, ale wiedzialam, ze sila wyzsza, i czytam, ze sie dzialo u Ciebie!
Notabene sliczne gumiaczki maja male Pimposzki!
Widze tez, ze podobnie jak ja, lubisz sztuczne choinki. Ja lubie je za bezproblemowosc. I nie lubie wycinki choiek w ilosciach znakomitych. Plastikowe ponoc nie sa az takie ekologiczne, na to musza byc w uzytku minimum 19 lat, zeby bilans sie zwrócil, ponoc. Nie ma problemu, dwa lata temu kupilam mala, sliczna, jak zywa, i bedzie u mnie w uzytkum, az cos jej sie stanie, npgalazka odlamie. Do tego chwale sobie (ekolodzy oszaleja) lampki z bateriami, czyli odpada ciagenie sie ze sznurem, oplatanie, odplatanie… taka choinka to luzik.
Ale wiesz, szkoda, ze nie wracasz na insta… troche szkoda, ale to jest Twoja decyzja z Twojej perspektywy, a kto wie, czy i ja kiedys sobie tez taki detoks nie naloze, bo póki co, lubie insta i nawet twittera sobie zalozylam, to jest swietna forma komunikacji, jeskli chodzi o zagadnienia zawodowe, po to glównie uzywam; Trumpa nie sledze 😛
Dobrze, że jesteś, bo już tęskniłam 🙂
Tort super! Chciałabym umieć tak ładnie…
Pozdrawiam serdecznie
To sie u Was dzialo:) Tesnilam juz za Twoimi wpisami,te poniedzialki jakby niekompletne bez odrobiny Pimposhki hehe.Ania
Nie ma lepszych kredek niż polychromosy. 🙂
Pimposhko jesteś jak Święty Mikołaj – taki cudny wpis!!! Pewnie, że tęskniłam. A tort wyszedł mega fajny. Masz kolejny fach w dłoniach:-)
Magdalenka
Cieszę się, ze wróciłaś i do tego z takim pękatym wpisem 🙂
Rzeczywiście miałaś intensywny koniec roku, ale nie mogę wyjść z podziwu jak dobrze jesteś zorganizowana (ta rezerwacja w lipcu na grudzień!). Życzę powodzenia z noworocznym postanowieniem 🙂
Jak fajnie, że miałaś efekt jojo. Ze zdjęciami. Oczywiście, że czekalam na koniec detoksu. U mnie detoks jakoś naturalnie się zrobił, na Instagram zaglądam, mam bardzo mało w obserwowanych, więc siedzę tam 10 minut dziennie. W internecie niewiele dłużej.
Dziewczyny (i Ty też zresztą) wyglądają super – wierzyć się nie chce, ze takie już duże. Jakoś ten czas Wam sprzyja – one starsze, Ty młodsza – wizerunkowo super. :)))
Hyhy, nie chcę się chwalić przesadnie, ale bułki z dżemem to robię jak w Ritzu. ;))) Może tylko gorzej ze srebrną zastawą i jadalnym złotem.
Pozdrawiam serdecznie!! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
PS. No ale świąteczna brukselka i owsianka? Omatko. Niczym jakiś Nightmare. :))
dziękuję Ci za powrót i taka fajną relację.Wszystkiego dobrego w Nowym Roku
Hurra! Wróciłaś!! I dobrze, bo jakoś pusto w blogosferze, bez cotygodniowej, poniedziałkowej dawki adrenaliny.
Grudzień miałaś intensywny, ale wyszłaś z niego cało. Ja, również jestem zodiakalną Rybą, choć chyba trochę zbaraniałą, bo jestem z ostatniego dnia, więc pewnie mam wiele naleciałości Barana. Choć po ponad dwuletnim pobycie w Azji, bardziej się skłaniam ku chińskiej astrologii i tu jestem wężem.
Wszystkiego najlepszego:)))
Oczywiscie ze tesknilam! Bardzo mocno!
Happy New Year, Pimposhko.
Mialas super aktywny okres, tyle wydarzen, przygotowan – no ale doskonale dalas rade i wyszlo wspaniale.
Coreczki sliczne, kocham Twoj czarny plaszczyk, zazdroszcze herbatki w Ritz.
Ciesze sie z Twego powrotu, usciski dla coreczek.