Nie mogę uwierzyć, że od ostatniego posta na tym blogu minął calutki miesiąc!!! Mam nadzieję, że w nowym roku szkolnym i akademickim uda mi się ponownie znaleźć rytm aby raczyć Was nowym postem zdecydowanie częściej niż raz w miesiącu. Dziś zapraszam Was na relację z naszego krótkiego wypadu do Aten, chciałam napisać tego posta ‘na gorąco’ i tak piszę go już cały tydzień. Dziś jestem w Oxfordzie bo uczestniczę w ceremoniach graduacji, siedzę w moim biurze bo mam przerwę między jedną a drugą ceremonią i wreszcie mam czas aby spokojnie popracować nad blogiem 🙂
Inaczej tego posta nie da się zatytułować chociaż to co przeżyliśmy ma niewiele wspólnego z weselem przedstawionym w tej znanej komedii Amerykańskiej. No chyba, że pod uwagę weźmiemy Grecką rodzinę… 🙂
W czwartek po pracy załadowaliśmy się wszyscy do samochodu i najpierw pojechaliśmy do teściów, gdzie odstawiliśmy małą P. Weekend w Atenach to był nasz ‘Babymoon’ przed pojawieniem się kolejnego potomka (i pierwsze wakacje bez pierworodnej). Po zdaniu małej P. pojechaliśmy do hotelu na lotnisku.
W piątek rano pobudka o 5 rano. Szybki prysznic i już byliśmy na terminalu. Zjedliśmy pyszne Angielskie śniadanie full-wypas. Nasz lot był o ósmej rano. Lot z Londynu do Aten trwa 3,5 godziny i byłam bardzo mile zaskoczona całym doświadczeniem (być może miało to coś wspólnego z faktem, że to był mój pierwszy lot od dwóch lat bez dziecka! ;). Okazało się, że na tych nieco dłuższych europejskich trasach British Airways oferuje całkiem porządny pakiet rozrywkowy! Obejrzałam sobie ‘Me before you’ podczas gdy Jon oglądał ‘The revenant’. Oboje płakaliśmy ale z zupełnie innych powodów 😉 Poza tym okazało się, że koło nas już nikt nie siedzi, więc mieliśmy wolne siedzenie między nami i leciało się naprawdę komfortowo.

W Atenach wylądowaliśmy około czternastej i na lotnisku czekał na nas nasz prywatny szofer czyli Christoforos, brat Theoni. Dojechaliśmy do jej rodzinnego domu (czyli dużego mieszkania w dzielnicy Zografou) gdzie jej mama już czekała na nas z moimi ulubionymi mielonymi kotletami (biftekia!):
Spędziliśmy trochę czasu z panną młodą, na chwile nawet wpadł pan młody, czyli Michalis. Po obiedzie Christoforos zawiózł nas do naszego hotelu. (Jeśli będziecie kiedyś w Atenach z czystym sumieniem mogę polecić Wam hotel Athinais (
klik). Nie jest zbyt drogi, ma przyzwoity standard i całkiem dobrą lokalizację. A przede wszystkim ma niesamowicie miłą obsługę i to na każdym szczeblu. Tam nawet sprzątaczki mówiły po Angielsku co w Londynie się generalnie nie zdarza. Byliśmy naprawdę zadowoleni).
Po małej sjeście zaczęliśmy się szykować do ślubu i wesela. Niebotyczne szpilki z Kazara, które przywiozłam ze sobą zostały jednak w hotelu 😉 (taki ze mnie tchórz). Ceremonia zaślubin zaczynała się o 19:00. Ślub odbył się w dość starej, tradycyjnej willi w centrum dzielnicy Zografou. Willa ta należała do znanej Greckiej aktorki Mariki Kotopouli, która zmarła w latach pięćdziesiątych a dom przekazała dzielnicy.
Para młoda prezentowała się raczej ‘nietradycyjnie’:
To był ślub cywilny, które w Grecji są chyba jeszcze mniej popularne niż w Polsce (ale również, tak jak w Polsce zyskują na popularności). Ceremonia trwała może z 5 minut i w zasadzie łatwo było ją przeoczyć.
A to już po ślubie. Panna młoda przyjmuje gratulacje od małego Orfeusza (tak, Orfeusza 😉 synka świadkowej.
I zdjęcie przed willą. Szalenie podobała mi się kreacja Thaelii, to ta długa czarna suknia i piękna ‘narzutka’, długa do kostek.
Po błyskawicznej ceremonii pojechaliśmy do wielkiego parku/kompleksu sportowego aby tam w kawiarni Ya! Cafe dalej świętować. Park znajdował się, tak zgadliście w dzielnicy Zografou ;).
A to nasza ‘banda’: Mina, Theoni, ja i Thaelia. Wszystkie absolwentki tego samego uniwersytetu, trzy filolożki i jeden socjolog 🙂
A to ja i moja Grecka mama czyli Panajota 🙂
Mała P. dostała suwenir z Grecji, czyli… bańki mydlane. Martwiłam się trochę, czy po wczesnej pobudce i tak aktywnym dniu dam radę wytrzymać na tak późnym weselu. Ale udało nam się wytrzymać do północy w czym pomogła nam różnica czasu dwóch godzin między Londynem a Atenami (na naszą korzyść).
Wesele z tego co zrozumiałam było bardzo nietradycyjne, zaledwie na 180 osób co w Grecji jest liczbą gości bardzo konserwatywną. Państwo młodzi wparowali jak goście byli już usadzeni do ścieżki dźwiękowej South Park. Dość szybko podano jedzenie, był to bufet i jedzonko było bardzo smaczne. A potem w zasadzie muzyka (DJ, głównie współczesna). Ale był też wątek tradycyjny, DJ zapuścił tradycyjną muzykę weselną i część gości odtańczyła specjalny weselny taniec (taki ‘zorba’).
Całe doświadczenie nie miało nic wspólnego z ‘Moim wielkim Greckim weselem’ no może oprócz stosunków rodzinnych. One faktycznie tak wyglądają 🙂 ale zanim pokuszę się o refleksję nad Grecką duszą, opiszę Wam resztę naszego wyjazdu.
W sobotę spaliśmy do oporu. Ponieważ wstaliśmy za późno na śniadanie, zjedliśmy tosty w hotelowym barze. Następnie spacerem z hotelu poszliśmy aż do samego Akropolu (choć hotel jest położony w zasadzie centralnie to jednak był to bardzo długi spacer).
Najpierw obejrzeliśmy ruiny świątyni Zeusa:
A potem poszliśmy się nieco ochłodzić do muzeum Akropolskiego. To jest bardzo ładne i nowoczesne muzeum, w którym byłam po raz pierwszy kilka lat temu. Przypomina mi bardzo British Museum. W jego wnętrzach znajdują się na przykład oryginalne Kariatydy oraz marmury z Partenonu (tak, na samym wzgórzu są repliki).
W muzealnej restauracji skusiliśmy się na deser. Jon zamówił Grecki jogurt z owocami, był pyszny:
Po zwiedzaniu muzeum do hotelu wróciliśmy już metrem. Po kilku godzinach odpoczynku, już wieczorem wybraliśmy się na kolację z młodą parą. Liczyłam na jakąś fajną, tradycyjną grecką kolację ale w sumie wylądowalismy w TGI Fridays. A to dlatego, że tam nie wolno palić. Otóż w Grecji wszyscy i wszędzie kurzą (co nie jest dobre dla kobiety w ciąży). Na weselu wszyscy palili a ja się normalnie dziwiłam, czemu dzieci nie palą bo bez fajki w ręku wyglądały dosłownie nienaturalnie w tym zakurzonym towarzystwie. Ponieważ Michalis jest filozofem (zrobił doktorat z filozofii nauki we Fryburgu) to kolacja zeszła nam na rozmowach ‘o życiu’. To był bardzo udany wieczór.
W niedzielę rano udało nam się wstać na śniadanie a potem wymeldowaliśmy się z hotelu. Tutaj muszę nadmienić, że wstaliśmy dwie godziny później niż planowaliśmy bo pewnemu osobnikowi ajfon się automatycznie nie zaktualizował na czas Grecki (i to nie byłam ja ;). Planowaliśmy wdrapać się na Akropol dlatego chcieliśmy zacząć dzień dość wcześnie (no ale przynajmniej się wyspaliśmy).
Pod Akropolem już była kolejka ale niezbyt wielka. Spotkaliśmy sporo turystów z Polski. Jak ich rozpoznałam? Nie, nie po skarpetach do sandałów ani po reklamówkach z Bierdonki. Po prostu mówili po Polsku ;). Nie za bardzo chciało mi się wdrapywać ale Jon nalegał więc stwierdziłam, że raz na 20 lat mogę się wdrapać nawet w upale i piątym miesiącu ciąży (dodatkowo za ten przywilej trzeba było zapłacić 20 euro na głowę; ciekawe czy jakbym miała ze sobą moją legitymację służbową to wzieliby mnie za studentkę – studenci mogli wejść za darmo).
Selfie po wdrapaniu 🙂
Jak widzicie na Akropolu mają termostaty Hive, tylko jakoś nikomu nie przyszło do głowy aby trochę przykręcić ten upał ;). Po zejściu z Akropolu przeszliśmy się uliczkami Plaki, zakupiliśmy stosowne pamiątki oraz zjedliśmy lancz.
Tym razem już w prawdziwej greckiej tawernie (na tyle na ile na Place istnieją prawdziwe greckie tawerny ;).
Nie mogę uwierzyć, że będąc niemal całe trzy dni w Grecji nie zrobiłam prawie żadnych zdjęć talerzom z jedzeniem. Chyba po prostu za szybko z nich znikało. Pozostało mi zdjęcie z resztakmi spanakopita.
Po wielkim obiedzie poszliśmy do hotelu-instytucji i hotelu-historii czyli Grande Bretagne na placu Syntagma na deser. Wnętrza oczywiście piękne, ceny odpowiednie ale bita śmietana do lodów chyba była z puszki. Następnie wróciliśmy do naszego hotelu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do odlotu, więc posiedzieliśmy w hotelowym lobby a ja zrobiłam zakupy spożywcze przez interent. Następnie załadowaliśmy się do autobusu na lotnisko, autobus był marki Solaris 🙂 (dosłownie zaraz koło hotelu znajdował się przystanek, tak jak pisałam hotel ma naprawdę dobrą lokalizację).
Na lotnisku zjedliśmy kolację. Nasz lot był opóźniony 40 minut ale w Heathrow wylądowaliśmy już tylko z 15 minutowym opóźnieniem. Był to jednak dość późny lot więc w domu byliśmy dopiero około pierwszej w nocy. Lot powrotny też był ok, znowu udało nam się nadrobić zaległości kinowe ale tym razem mieliśmy współpasażera. Był to młody chłopak, który poturbował się na rowerze, miał połamaną szczękę i opuchnięte nadgarstki więc byłam trochę jego ‘pielęgniarką’ zapinając mu pasy czy otwierając paczkę krakersów.
Poniedziałek przezornie mieliśmy wolny. Rano spotkaliśmy się z naszym doradcą kredytowym (czas się przekredytować) a po południu pojechaliśmy po małą P. Chciałabym napisać stęsknioną małą P. ale ona bawiła się z dziadkami świetnie i chyba tylko my byliśmy stęsknieni :).
Aaa, jeszcze był wątek dziewiarski. Otóż na zdjęciu poniżej jest moja ślubna podwiązka, która ponad 6 lat temu na weselu trafiła do mojej świadkowej, Theoni właśnie. Theoni ubrała ją na swój ślub a nastepnie przekazała mi na weselu pudełko mówiąc, że następna w kolejce jest mała P. (chlip chlip!!!).
I jeszcze kilka słów o Grecji. Otóż Grecja jest bardzo popularna wśród Polaków. Jedziemy na wakacje i zachwycamy się pięknem przyrody, jedzeniem, tym jak przyjaźnie nastawieni są kelnerzy, hotelarze czy sklepikarze. Ja jednak dzieliłam mieszkanie z niezłą Grecką bandą przez cały rok, wiele razy jechałam do nich w odwiedziny, miałam okazję zobaczyć jak na co dzień (i gdzie) żyją młodzi Grecy. I wiecie co?
Niesamowite jest to, jak Grecy są podobni do Polaków. Jakie tam Czechy i ‘dwa bratanki’ doprawdy uważam, że Polacy i Grecy to są prawdziwie siostrzane narody. Jest to niesamowite, szczególnie, że historię mamy tak bardzo odrębną (aczkolwiek tą nowożytnią całkiem podobną) i wywodzimy się z miejsc tak różnych geograficznie i kulturowo. Greckie kobiety ubierają się i czeszą dokładnie tak samo jak kobiety w Polsce (można by je odróżnić tylko po ciemniejszej karnacji). Grecka mama to dosłownie taka Matka Polka, której głównym celem jest pilnować aby dziecko nie było głodne i nie było mu zimno ;). Podobnie wyglądają stosunki rodzinne, rodziny trzymają się blisko. Młodzi Grecy borykają się z takimi samym problemami co młodzi Polacy, pensje generalnie są śmiesznie niskie biorąc po uwagę ceny w sklepach, panuje podobna korupcja i kolesiostwo, młodzi są doskonale wykształceni ale nawet Ci starsi są zależni finansowo od rodziców. Założenie rodziny to trudna decyzja. Kościół pełni prominentną rolę w społeczeństwie. Taksówki są tak samo powszechne i tanie (i tak samo można się naciąć na nieuczciwego kierowcę). No i autobusy mają z Polski. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Michalis podczas naszych filozoficznych dywagań ogłosił, że Polacy są honorowymi mieszkańcami Grecji. I ja to tak naprawdę odczuwam.
Ten wyjazd był naprawdę cudowny!!! Podczas gdy ja w Grecji byłam już wiele razy, w przeróżnych okolicznościach przyrody, dla mojego męża był to pierwszy raz. Fajnie było patrzeć jak zachwycał się ruinami, podczas gdy ja byłam zdecydowanie zbyt zblazowana. Wyjazd na kilka dni bez dziecka to jest to! Pomimo iż czas spędziliśmy dość aktywnie i pomimo upałów, wróciliśmy wypoczęci i z naładowanymi akumulatorami. Myślę, że jak drugie podrośnie na tyle, że będzie je można również zostawić z dziadkami to zrobimy sobie z tego małą doroczną tradycję.
Ha ha ha no dokładnie! Jak widać na Polski weselu Zorba też musi być. Mówię Ci, siostrzane narody! :)))
ps. Stęskniłam się za Tobą Pani M.
Dzielna? Poczekaj, jeśli tylko wszystko będzie w porządku i położna mnie puści to planujemy jechać do Polski na święta (w 35 tygodniu! 🙂
No takie mini-wakacje ale faktycznie super!
Super relacja ☺…fajnie, że utrzymałas bliski kontakt z dziewczynami.
..mam dla Ciebie grecki 'akcent'rozrywkowy, też związany z weselem :)…otóż w tym roku w sierpniu byliśmy na weselu w Pl…było to pierwsze wesele Młodej…no i w momencie jak orkiestra zagrała chyba greka zorbe…wszyscy goscie weselni próbowali tańczyć jak Grecy:P…Natalia złapała za telefon nagrała i wysłała koledze z liceum, rodowitemu Grekowi jak bawią się Polacy :D…Yorgos do dzisiaj się nie pozbierał z uciechy …chociaż na początku nie za bardzo rozumiał co się dzieje :p
Super relacja ☺…fajnie, że utrzymałas bliski kontakt z dziewczynami.
..mam dla Ciebie grecki 'akcent'rozrywkowy, też związany z weselem :)…otóż w tym roku w sierpniu byliśmy na weselu w Pl…było to pierwsze wesele Młodej…no i w momencie jak orkiestra zagrała chyba greka zorbe…wszyscy goscie weselni próbowali tańczyć jak Grecy:P…Natalia złapała za telefon nagrała i wysłała koledze z liceum, rodowitemu Grekowi jak bawią się Polacy :D…Yorgos do dzisiaj się nie pozbierał z uciechy …chociaż na początku nie za bardzo rozumiał co się dzieje :p
Ty jestes niesamowicie dzielna! I to jeszcze w ciazy!!!
Super wakacje