Ten temat na posta dość niespodziewanie podsunęło mi życie. Jak tylko pojawiłam się na oddziale dziecięcym w naszym lokalnym szpitalu wiedziałam, że powstanie na ten temat post.
Ale do rzeczy. Nasza mała dziewczynka ma krup, czyli zapalenie krtani i kaszel. Jak to z małymi dziećmi bywa wszystko wydarzyło się bardzo szybko i jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie (czyli wtedy gdy mama była daleko od domu). W czwartek pani w żłobku zauważyła, że mała P. miała brzydki kaszel jak wstała z drzemki. W domu jednak wszystko było ok. Następnego dnia mała P. miała się całkiem dobrze więc zaprowadziłam ją do żłobka a sama pojechałam do Bristolu.
Zadzwonili do męża po lanczu, że mała ma kaszel i ciężko oddycha ale generalnie wszystko jest ok, bawi się, uśmiecha i zjadła cały lancz. Zadzwonili, żebyśmy ewentualnie umówili ją na wizytę u lekarza. Mąż zadzwonił ale nie mieli nic wolnego (nie wiedzieliśmy wtedy, że to będzie jednak emergency) i umówili nas na telefoniczną konsultację z doktorem w sobotę.
Po niecałej godzinie ze żłobka dzwonią, że mała nagle dostała 39.7 (!!!). Jon wsiadł w samochód i po nią pojechał a ja zamartwiałam się na spotkaniu, zerkając co chwila na telefon. Martwiłam się potwornie bo mała P. nie miała nigdy nawet 36.8 nie mówiąc już o 39.7. To jest straszny, paraliżujący strach. Jajks!
Już w drodze do żłobka Jon zorganizował wizytę u lekarza rodzinnego (GP). Znalazło się miejsce tego samego dnia o 16:20. (Dzieci do lat pięciu mają absolutny priorytet jeśli chodzi o wizytę u doktora i generalnie jeśli dzieje się coś poważnego to zaraz ‘magicznie’ znajduje się okienko).
Ja wyrwałam się ze spotkania jak tylko miałam szansę ale przede mną było jeszcze prawie 200 km do przejechania w dodatku w piątek po południu (czyli na drogach duży ruch). W tym czasie małą obejrzał lekarz rodzinny, zdiagnozował, że to krup. Zadzwonił do szpitala, oni, że chętnie ją przyjmą. Mała miała dostać sterydy i ewentualnie zostać na noc na obserwację. Lekarz wypisał więc skierowanie i Jon z przychodni pojechał prosto do szpitala.
Ja w tym czasie dojechałam do domu. Jon dzwoni, że mała zostanie na noc więc mam przywieźć jej rzeczy. Potem, że jedno z nas też może zostać więc zapakowałam także siebie. W tym momencie przypomniał mi się artykuł, który niedawno czytałam o matkach chorych dzieci w Polskich szpitalach. Że mamy na noc wyciągają upchane pod łóżkami dzieci karimaty, które z samego rana mają zniknąć jak tylko pojawia się oddziałowa. Brrr!
Spakowana i spanikowana do szpitala dotarłam około 20. W sklepie po drodze zdążyłam jeszcze kupić tackę ze spaghetti bolognesse do mikrofali (cały dzień prawie nic nie jadłam).W szpitalu zastałam Jona trzymającego śpiącą małą P., jak mała się obudziła to podaliśmy jej butlę i przebraliśmy w piżamę. Ale i tak rajcowała do jakiejś 22:00 zanim udało mi się ją położyć spać. W nocy, pielęgniarki co kilka godzin mierzyły jej temperaturę, ciśnienie i saturację. Pomimo, iż oddychała dość ciężko to generalnie była stabilna.
Rano przy porannym obchodzie obejrzał ją lekarz. Zaordynował kolejną dawkę sterydów (te podaje się doustnie). Po tym mogliśmy iść do domu. Do szpitala wróciliśmy w sobotę wieczorem na ostatnią kontrolę i trzecią, również ostatnią dawkę leku. Zostaliśmy wypisani z tzw. open access. Czyli jeśli by się coś działo to do poniedziałku rano mamy zielone światło aby z małą wrócić. Noc w domu minęła bardzo spokojnie, malutka calutką przespała. Dziś ma jeszcze trochę kaszlu ale już wszystko wraca do normy. Podjęliśmy decyzję, że do żłobka w poniedziałek jeszcze nie pójdzie, za to spędzi dwa dni u dziadków. Jestem pewna, że babcia ją do cna wykuruje 🙂 Jak widzicie skończyło się głównie na strachu chociaż przez mój wyjazd służbowy nie widziałam jej w tym najgorszym stanie.
A teraz o oddziale dziecięcym. Co prawda nasz szpital podlega pod uniwersytet w Oxfordzie i jest teoretycznie szpitalem uniwersyteckim, ale bądźmy szczerzy, porównując tylko miejsce gdzie robiono mu USG w czasie ciąży to szpital w Banbury tak ma się do tego w Oxfordzie jak Oxford Brooks do Oxford University 😉 Nie spodziewałam się więc cudów, a tymczasem oddział dla dzieci nie tylko mnie pozytywnie rozczarował ale po prostu przeszedł moje najśmielsze oczekiwana. Zapraszam Was na wycieczkę.
Już od progu witają nas ładnie pomalowane korytarze:

Finextro dzięki! Fantastyczny opis i cieszę się, że takie placówki w Polsce są! Naprawdę serce się raduje. Natomiast zastanowiło mnie w Twoim komentarzu coś innego. Otóż napisałaś 'Nareszcie mogę napisać, że i u nas coś jest dobrze'. Wiem, wiem że tak jest, że moje posty entuzjastycznie opisujące życie 'tutaj' są często skontrastowane z moim doświadczeniem w Polsce, zazwyczaj groszym. Tu chciałabym tylko napisać, że nie jest to intencjonalne ani nie staram się być tendencyjna. Ale chciałam napisać coś jeszcze. Otóż moja Polska to Polska 11 lat temu, a przede wszystkim Polska zanim wpompowano w nią miliony z funduszy Unijnych. Ale nie tylko to. Bo moja obecna Polska to przede wszystkim Polska z gazet i Internetu a wszyscy wiemy, że w Polskich mediach rządzi skandal i im gorsze wieści tym lepiej. Także cieszę się, że piszesz o takich pozytywach i serce mi się raduje. I naprawdę nie chciałabym być postrzegana jako pierwsza krytykantka Polski bo wyniosłam dupsko za granicę 😉 Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie! No i zdrówka życzę bratankowi. !!!
Dzięki! Fakt, choroba to duży stres choć mała P. jest generalnie bardzo dzielna! Naprawdę! I chociaż nie chcę do szpitala wracać, to czuję się lepiej wiedząc, że taki szpital jest.
Ta miła atmosfera właśnie! Ale z drugiej strony jak pielęgniarki słabo opłacane, lekarze przepracowani a w NFZ bida aż piszczy to nie ma co się dziwić, że i morale słabe ;(
Moja mała chrześnica leżała jedną noc w Prokocimiu. Też słyszałam, że ma dobrą renomę! Dziękuję! Mała P. ma się już dobrze.
🙁
I tego Ci życzę!
Życzę Tobie aby tak pozostało, i sobie też 🙂
Oj tak, Twoje porównanie porodówek pamiętam 🙂 I masz rację, choćby najfajnieszy to jednak to szpital i lepiej omijać z daleka.
Dzięki! Masz rację, najlepiej nie chorować!
Uff! Muszę przyznać, że jak dziecko jest chore to jest to wielki stres, Szczególnie, że oboje pracujemy więc dochodzi stres co z pracą (tu nie można wziąć chorobowego na dziecko) Ale tak jak piszesz, wyrasta się!
Ja tam generalnie nie lubię szpitali, ale muszę przyznać, że odkąd odwiedzamy, ze względu na małą P. to dla dzieci jest jakby inny NHS. Na ścianie oddziału dla dzieci było wyraźnie napisane, że oddział otrzymuje datki (również wdzięczni rodzice wspierają). A ja cieszę się gdy widziałam, jak bardzo ten pokój zabaw był zadbany. Wszystko na swoim miejscu, poukładane, podpisane. A gdzieś przeczytałam Owsiaka, że roczny budżet The Great Ormond Hospital znacznie przekracza roczną zbiórkę WOŚP.
Dobrze dziewczyny, że już nie musicie tam przebywać.
Biedna mała! 🙁 Na szczęście na zdjęciach wygląda na dość zadowoloną, więc chyba nie czuła się bardzo źle pod koniec pobytu w szpitalu. Przyznam, że jako niedzieciata osoba ciężko mi sobie wyobrazić co czują rodzice takiego chorego malucha, ale ja pewnie sama dostałabym zawału ze stresu… Dobrze, że to już za Wami! 🙂 Chociaż tyle, że w razie kolejnych problemów (odpukać!), będziecie bardziej pewni siebie i zorientowani, co robić 🙂
Dużo zdrowia dla małej P! Szpital uroczy, ale obyście już tam nie wracali! 😛
1. Oby Mała P. nie trafiala już nigdy do żadnego, nawet najfajniejszego szpitala!
2. Jakże ja się cieszę z tego posta. Nareszcie mogę napisać, że i u nas coś jest dobrze. Jako kobieta niedzieciata w życiu nie dowiedziałabym się, jak wygląda w PL oddział dziecięcy przeciętnego miejskiego szpitala (nasz rejonowy, dwa przystanki od domu), gdyby jakiś rok temu nie trafił na taki w szpitalu bielańskim z boreliozą mój wówczas sześcioletni baratanek, któremu czas jakiś dotrzymywałam towarzystwa (żadne z rodziców akurat przez te kilka godzin nie mogło, a ktoś z rodziny był z nim stale). Otóż: można być z dzieckiem przez 24 h na dobę, rozkładane leżanki przy łóżkach dokladnie takie jak w Oxfordzie (ino w ecru, no, może ciut szersze, tak z 90 cm), standard łazienek znacznie wyższy (nawet armatura dobrej marki – to prawda, droga, ale z czasem to się zwraca z nawiązką), wysokość urządzeń w łazienkach taka, by dzieci mogły spokojnie korzystać, pokoje w radosnych kolorach z malunkami (w naszym były postacie z kreskówek Disneya). Że jest pokój socjalny, dowiedziałam się, kiedy mój rezulotny bratanek podczas blisko godzinnej infuzji (aparatura przy łóżku, w niczym nie przypominająca dawnych kroplówek, dzieciak świetnie zorientowany, co po czym i dlaczego – personel informuje dzieci, traktuje je bardzo poważnie, bez czułostkowości, ale z życzliwością, a dzieci to uwielbiają) rzekł do mnie: Ciocia, idź se zrób kawę – do końca korytarza, przez drzwi i w prawo. Tak, mikrofalówka też jest, szafki i lodówa na wypadek, gdyby dzieci miały ochotę zjeść co innego, niż serwuje szpital. A serwuje naprawdę nieźle. Placu zabaw na zewnatrz wprawdzie nie ma, ale jest las i mogliśmy sie ubrać, wyjść i pozbierac kasztany, jednak wybraliśmy sie z młodym czlowiekiem na przechadzkę do najbliższego empiku po grę planszową – takie wyjścia to norma przy dzieciach, które nie muszą bezwzględnie leżeć w łóżkach, a nie maja akurat zabiegów. Oprócz szafek pod łóżkami plastikowe zamykane kosze na własne zabawki i np. wierzchnie ubrania i buty (czysto jest jak… w szpitalu, ale pachnie domem). Sympatyczny personel nieustannie do dyspozycji. Mój "podopieczny" (szczerze mówiąc, mialam wrażenie, że to raczej ja jestem pod jego opieką, niż odwrotnie, tak był zorientowany) po powrocie ze spaceru natychmiast kazał mi umyć ręce płynem dezynfekującym, tłumacząc, po co! Po prostu pełny odjazd! Ja miałam tylko jeden problem – na papierosa po angielsku wyjść i z powrotem wejść się nie da. Gdyby komuś przyszło do głowy wykraść stamtąd dzieciaka, to nie ma na co liczyć! Nie wierzyłam własnym oczom i uszom. Tak, tak jest u nas w Polsce, w naszym rejonowym szpitalu! Wygląda bardziej nowocześnie, bardziej kolorowo i bardziej fachowo i jednocześnie domowo niż na pimposhkowych zdjęciach z Oxfordu! Można i u nas!
dobrze że mała już w domu, u nas tez się poprawia ale nie tak szybko jak pewnie bysmy sobie życzyli no i nie ukrywajmy ale małe szpitale to porażka, a wystarczyłoby na początek tak niewiele – miła atmosfera i kolorowe sciany
Cos poknocilam, skasowalam 🙁
Oj, aż trudno uwierzyć, że tak można. Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Prokocimiu (Kraków) cieszy się dużą renomą, ale jak wspomnę pobyt… Cóż, grunt, że dziecko było bezpieczne, ale rodzic spał (choć trudno to nazwać spaniem) na podłodze (na kocu) i musiał szybko przed obchodem wszystko złożyć, bo rodzic ma "czuwać" nad dzieckiem, a nie spać.
Ale jak widać, można…
Dużo zdrówka dla córci!
This comment has been removed by the author.
Zdrówka dla młodszej P.
Ja miałam "okazję" zaliczyć szpital 8,5 lat temu gdy moja córka miała skończone 2 no cóż, karimaty nie musiałam mieć ale cała reszta to szkoda słów, obym nie musiała nigdy przenigdy korzystać z "naszej ukochanej służby zdrowia 🙂 pozdrawiam Pstro
Przede wszystkim zdrówka dla małej P.
Szpital rzeczywiście bajkowy, ale i tak szpital. Ja nie miałam okazji być z dziećmi w szpitalu. I niech tak zostanie…
Pozdrawiam Was 🙂
….Dobrze, ze juz koniec przygod szpitalnych :)….niech bedzie najfajniejszy ten szpital, ale lepiej w nim nie przebywac 😉
Nie mam porownania szpitala dzieciecego z Pl i tutaj, bo tylko raz bylam z 15 dniowa Natalia 5 dni na oddziale dzieciecym w szpitalu w Pl. Tutaj wszelkie biedy nas omijaja :)…Moge tylko porownac porod i porodowke w Pl i tutaj w Paryzewie 🙂
Dobrze ze sie juz skonczylo.I mala lepiej sie czuje.::-)))) A szpital to dobrze ze jest OK.Ja tez przestawilam sie troche na inne niz kiedys w Polsce Nadal mam nadzieje ze to zmienia choc' niestety nie wszedzie czasami "latwiej" zamknac niz zmienic A chyba najtrudniej o usmiech i przyjazna atmosfere,gdy wszystkiego brakuje,A potem to nic dziwnego ze pajent ma odczucie ze przeszkadza.Lepiej nie chorowac. Pozdrawiam goraco.
Jestem pod wrażeniem ,warunków ma oddziale dziecięcym . U nas w powiatowym polepszyło się na tyle ,że rodzice mogą być z dziećmi na oddziale całodobowo ,choć spać raczej nie maja gdzie , chyba że na krześle i jest dość fajna salka zabawowa . Ja pierwszy krup przeżyłam jako hardcor z wypisaniem dziecka ze szpitala na żądanie po 7 dniach z zapaleniem płuc , bo rodzicom absolutnie nie było wolno było wtedy( 27 lat temu ) nawet wchodzić na oddział. Był to pierwszy i ostatni krup w leczeniu szpitalnym. Potem jeszcze wielokrotnie mieliśmy krup wirusowy u 2 młodszych , ale mając doświadczenie z pierwszym dzieckiem , wiedziałam już jakie są objawy i jak choroba postępuje . Mieliśmy wspaniałego lekarza , do którego dzwoniliśmy wieczorem dając znać ,że coś się dzieje i potem
najczęściej około 3-4 w nocy był telefon że jedziemy i przyjmował nas, dawał zastrzyk , czekaliśmy godzinę na obserwacji i najczęściej wracaliśmy do domu i do rana spanie malucha na siedząco , ale potem z każdą godziną lepiej . Syn takie wirusówki miał przez kilka lat i zawsze w listopadzie , ale w końcu wyrósł z tego .
Tak szpitale angielskie (na które wielu tu narzeka) to jednak inna bajka (choć wiem, że w Polsce też są powolne zmiany na lepsze). Wiele oddziałów wygląda tak jak wygląda, bo ma na to pieniądze z różnych fundacji.
Szkoda, że post musiał powstać w takich nerwowych okolicznościach. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło.
Niech Mała P. zdrowieje na potęgę.
Pozdrawiam.
Ps. Eh, żłobek … moja też łapie co się da. Mam nadzieję, że nie zaskoczy mnie czymś takim, szczególnie, że wkrótce wybieramy się na drugą stronę kanału La Manche.
Ps2. Ja też sobię ostrzę klawiaturę na opis tutejszego oddziału (intensywnej terapii dla odmiany), choć bez tak dogłębnej dokumentacji fotograficznej.
To, że sale przestronne, to musi być potężny postęp. Moje wspomnienia z tego miejsca są okropne. Niemożność nocowania, brak miejsca do karmienia/odciągania pokarmu, małe salki bez wentylacji czy klimatyzacji. Koszmar. Mam nadzieję, że zmiany będą postępować.
Pół roku?! Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić! Wiem, że też bym tak robiła, gdyby moje dziecko tam było. Ja miałam 'przyjemność' tylko przez 2 tygodnie i do teraz mam traumę …
Mam nadzieję, że z Twoim synkiem (ani w innych okolicznościach) nie będziesz już musiała tam wracać.
Pozdrawiam.
Prawie dwa lata temu spędziłam prawie pół roku z moim synem na oddziale neurochirurgii w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Warunki na oddziale są bardzo dobre, sale przestronne, maksymalnie 3 łóżka, przy każdej sali łazienka z prysznicem gdzie zamontowane jest specjalne krzesełko, aby pacjent mógł usiąść. Znajduje się oddzielna toaleta z prysznicem dla rodziców, pokój socjalny dla rodziców z lodówką, czajnikiem, mikrofalą. Jest też świetlica, w której dzieci w różnym wieku znajdą zajęcie, trzy komputery oraz pani , pod opieką której rodzic może zostawić dziecko, aby np. coś zjeść. Niestety, na oddziale rodzic nie mógł przebywać w nocy, wielu z nich spało na karimatach bądź rozkładanych leżakach ogrodowych na korytarzu przy windach. Rano ten cały majdan trzeba było gdzieś chować. Nie wszystkich stać na hotel przyszpitalny, który do najtańszych nie należy. My w sumie spędziliśmy prawie pół roku, tylko że ja codziennie dojeżdżałam do syna. Wyżywienie rodzice też organizują sobie we własnym zakresie. Na innych oddziałach CZD rodzice mogą spać w salach, a na onkologii czy kardiologii mają do dyspozycji rozkładane fotele. Niestety, nie jest to standard we wszystkich szpitalach, a powiedziałabym, że CZD jest wyjątkiem. Pozdrawiam i życzę, abyście nie musieli więcej bywać w takich miejscach, nawet jeśli warunki są świetne.