Brytyjczyk w Polsce

Już jestem. WordPress przegapił datę publikacji. Czasem mu się zdarza.

Po pierwsze to dziękuję Wszystkim za kawy, które postawiliście mi w czerwcu. Koszty prowadzenia bloga na kolejny rok są zabezpieczone, z czego bardzo się cieszę. Dziękuję też za miłe słowa i dedykacje. W zeszłym roku wyszczególniłam jeden wpis. Wszystkie Wasze słowa były szalenie miłe, ale w tym roku wyszczególniam te:

Ja czytam od lat i będę dalej twoją wierną czytelniczką. Duma mnie rozpiera, że z Polski pochodzą takie fantastyczne dziewczyny jak Ty.

Te słowa ujęły mnie szczególnie, bo emigrantów tak naprawdę nikt za bardzo nie lubi. Polacy nie lubią tych co wyjechali, bo szpanują i myślą, że są niewiadomo co, bo zarabiają w funtach czy dolarach. Opuścili kraj, kiedy było źle, a niektórzy nawet chcą teraz wracać ‘na gotowe’, na to co my tutaj wypracowaliśmy bez ich pomocy. I w dodatku prezydenta nam wybierają, choć tutaj nie mieszkają. Oj tak, szczególnie przy wyborach pojawiają się nieprzychylne głosy w stosunku do emigrantów, bo sobie nagle przypomnieli, że są Polakami i to się ‘prawdziwym’ Polakom nie podoba.

Emigrantów nie lubi też za bardzo kraj przyjęcia, bo emigranci nie rozumieją lokalnych zwyczajów, gotują jedzenie, które ma mocny zapach, słuchają jakiejś dziwnej muzyki, w dodatku za głośno. Nie chcą się asymilować, nie uczą się języka. Stoisz w kolejce na poczcie, a przed Tobą stoi jakiś emigrant, któremu biedny pracownik próbuje coś wytłumaczyć, a ten ledwo mówi po angielsku (albo po polsku).

Zdarza się nawet tak, że dopiero gdy ktoś osiągnie sukces za granicą — czy to aktor, muzyk, czy jakiś projektant — dopiero wtedy w Polsce robi się o tej osobie głośno. Czy ktoś słyszał o Rafale Zawierusze, zanim zagrał u Tarantino?

No dobrze, nie miałam zamiaru tak bardzo narzekać. Chciałam wyjaśnić, dlaczego te słowa tak bardzo mnie ujęły. A wątek emigracyjny pojawia się w dzisiejszym wpisie.

Jeśli wierzyć statystykom bloga, to w każdy poniedziałek zagląda do mnie około 300 osób (kiedyś było to 500, a nawet więcej). Trochę ponad jedna trzecia zostawia lajka pod wpisem. W tym roku otrzymałam od Was 43 kawy (z czego 16 po moim ostatnim wpisie, gdy napisałam, że jest mi trochę smutno, że tych kaw jest w tym roku sporo mniej). W zeszłym roku było ich 53.

Nie będę tutaj pisać, że blogi umierają, bo pisałam o tym wielokrotnie, ale ten odpływ czytelników, przy braku nowych mnie martwi. Nie lubię pisać a muzom i nawet jeśli nie mam zamiaru monetyzować bloga, to zależy mi na tym aby moje wpisy były czytane. I zależy mi na dyskusji. Skoro jest przynajmniej setka osób, które regularnie czytają mojego bloga, i jakieś 50, które w zamian stawiają kawę, to być może jest więcej osób, którym by się ten blog podobał? Tylko jak do nich trafić? Mam pewien pomysł i daję sobie na jego realizację trzy miesiące – 5 października napiszę Wam, o co chodzi i czy zadziałało. A póki co nic się tutaj nie zmienia i nie zmieni się przez najbliższy rok.

Mam dla Was dzisiaj bardzo ciekawy wpis. Lipiec zaczynam od rozkminek. Zapraszam.


Jakiś czas temu wpadł mi w ręce artykuł o Brytyjczykach, którzy zamieszkali w Polsce (klik, ale płatny). 

Poznajcie bohaterów artykułu:

  • Jack, 33-letni hydraulik (tak, brytyjski hydraulik) z Cardiff, dwa lata temu poślubił polską prawniczkę Magdę i przeprowadzili się razem do jej rodzinnego Krakowa. Mają syna Adama. Poznali się, kiedy przyjechał do Krakowa na wieczór kawalerski.
  • Tessa z Londynu, która przyjechała na studia do Polski (studiowała języki obce), poślubiła Polaka Adama i mieszkają w Warszawie od 2004 roku razem z trójką dzieci, dziś nastolatkami.
  • David, Szkot, 63 lata emerytowany detektyw, który swoją żonę Polkę poznał w szkockim pubie i postanowili przeprowadzić się do Krakowa
  • Matt, 25-letni mieszkaniec Manchesteru, który do Krakowa przeprowadził się 11 miesięcy temu wraz z polską żoną Kaliną.
  • Matt, pięćdziesięciolatek z Londynu, który do Krakowa przyjechał na trochę, ale poznał atrakcyjną Polkę, ożenił się z nią i został.
  • Max, lat 46 przeprowadził się do Krakowa w 2012 roku z Magdą, polską żoną.
  • Keith, agent nieruchomości, w Krakowie od początku lat 2000. Oczywiście jest polska żona – Ewa.
  • Artykuł o Brytyjczykach w Polsce, musi również wspomnieć strażaka Kevina, który obecnie prowadzi w Mielcu restaurację, z żoną, a jakże, Małgorzatą.

Wszyscy bohaterowie artykułu są biali, heteroseksualni i mają partnera autochtona. To raczej nie jest przypadek. Kiedy Polacy ruszyli do Wielkiej Brytanii w 2004 roku, ktoś miał szczęście jeśli miał tam jakiegoś znajomego, partner z całym zapleczem rodzinnym, społecznym i kulturowym to była rzadkość.

Co takiego Brytyjczycy lubią w Polsce?

Tanie życie

Ceny podają w funtach: duże piwo 2.5, przejazd taksówką 4-5 funtów, trzypokojowe mieszkanie w Warszawie (w dobrej lokalizacji) można wynająć za 1,000 funtów, bilet do kina 5 funtów, męskie strzyżenie 10-15, litr mleka 80 pensów. Transport publiczny w Warszawie jest tani.

Matt i Kalina, w Manchesterze wynajmowali dwupokojowe mieszkanie za 1,400 funtów miesięcznie. W Krakowie za te same pieniądze mają czteropokojowe mieszkanie, na starym mieście, z balkonem. Żyć nie umierać.

Niskie podatki

Najwyższy próg podatkowy w Polsce to 32%, w UK 45%. Tessa mówi, że z mężem płacą 15% podatku dochodowego.

Służba zdrowia

Fantastyczna służba zdrowia i w dodatku za darmo. Jack był zadowolony, bo jego syn urodził się w państwowym szpitalu, gdzie mieli do dyspozycji swoją położną i prywatny pokój. Keith jest zachwycony, że specjalista od razu rozpoznał jego przypadłość, zamiast leczyć go paracetamolem jak w UK. Po chwili jednak dodaje, że to była prywatna wizyta.

Edukacja

Jack chwali sobie opiekę nad dziećmi. Jego syn uczęszcza do żłobka w pełnym wymiarze godzin, za darmo, a z miejscem nie było problemu. Zachwala, że szkoła też będzie za darmo a nawet uniwersytet. Tessa natomiast pisze, że każde z jej dzieci uczęszczało do prywatnej szkoły, w cenie 6,000 funtów za rok. To stanowi ułamek kosztów związanych z prywatną edukacją w Wielkiej Brytanii. Kiedy dzieci były młodsze opiekowała się nimi niania na cały etat.

Transport

Brytyjczycy mieszkający w Polsce chwalą sobie szybkie i tanie pociągi. Z Krakowa do Warszawy można dojechać za 10 funtów, jeśli zabukuje się wystarczająco wcześnie. Polska ma świetną sieć nowiutkich autostrad. Keith zachwala, że do Zakopanego ma zaledwie dwie godziny i może jeździć na nartach (słyszałam, że Zakopianka się poprawiła, ale aż tak?). Joanna, żona Davida, zachwala, że wycieczka (z Krakowa) na Mazury to teraz mały pikuś.

W tym artykule mamy samych wielkich fanów Polski. Czy jest coś, czego nie lubią? Owszem.

Zdobycie pozwolenia na pobyt jest trudne, język polski jest trudny do nauki, co niemal uniemożliwia ubieganie się o polskie obywatelstwo. Polska zima jest długa, ciemna i….. zimna (ujemne temperatury to nowość dla Brytyjczyków).

Uwaga: bohaterowie artykułu narzekają na… jedzenie! Serio????!!!!!! Tessa nie lubi ozorków (ja też nie), co jeszcze mogę zrozumieć, ale Mark tęskni za brytyjskimi pasztecikami (sausage roll) i nie przekonał się do pierogów. Pierogów!!!!! Dziwak.

Homogeniczność rasowa, kulturowa i religijna również przeszkadza bohaterom artykułu. Tessa często zabiera dzieci za granicę (dzięki niskim kosztom życia rodzinę stać na zagraniczne wakacje trzy razy w roku), aby zobaczyły, że świat nie jest wyłącznie biały i katolicki. Wojna tuż za Polską granicą też ich martwi, szczególnie Jacka hydraulika.

No dobrze, a jak to wygląda naprawdę?

Uważam, że tańsze życie w Polsce to jest ogromny mit. Ja zarabiam całkiem przyzwoicie w funtach i uważam, że Polska wcale nie jest taka tania. Jasne, ceny są może niższe, ale zarobki też są niższe. Popatrzmy. Minimalna krajowa w UK to około 1,800 funtów miesięcznie na rękę. W Polsce jest to zaledwie 750 funtów miesięcznie na rękę.

Owszem, litr mleka kosztuje może równowartość 80p, ale w UK dwie pinty mleka kosztują około funta. Litr benzyny w Polsce to koszt około 6 zł, czyli 1.20 w funtach. A w UK litr benzyny kosztuje obecnie około 1.45. Mogłabym tak w nieskończoność. Jasne, jest taniej, ale wcale nie tak taniej jakby się mogło wydawać, szczególnie biorąc pod uwagę przeciętne zarobki w Polsce i w UK. Tanie życie w Polsce to mit, nawet przy wyższych zarobkach.

Niskie podatki to kolejny mit. Nie rozumiem jak Tessa z mężem płacą 15%. Owszem, najwyższa stawka podatku jest niższa w Polsce, ale progi też są niższe. W Polsce kwota wolna od podatku to około 6,000 funtów, w UK jest to 12,000 funtów. Wyższa stawka (32%) zaczyna się od 24,000 funtów (w Polsce), podczas gdy w UK wyższy podatek (45%) płaci się po przekroczeniu 50,000 funtów rocznie.

Składki społeczne są w Polsce wyższe. Z pomocą chatGPT wyliczyłam, że osoba zarabiająca średnią krajową w Polsce (8,900 PLN brutto miesięcznie, czyli jakieś 109,000 PLN rocznie) ma potrącane z pensji 31% (podatek plus ZUS). Osoba zarabiająca średnią krajową w UK czyli 40,000 funtów rocznie (jest to 200,000 PLN czyli niemal dwa razy więcej niż w Polsce) ma potrącane z pensji 20% (podatek dochodowy i ubezpieczenie społeczne, odpowiednik ZUSu).

Fakt, ZUS w Polsce jest bardziej hojny. Emerytura jest uzależniona od zarobków, podczas gdy w UK jest to niski ryczałt i dodatkowe filary emerytalne są bardzo popularne. Urlop macierzyński jest bardziej hojny niż w UK (tutaj lukę czasem wyrównuje pracodawca). Podobnie z chorobowym. Gdybyśmy mieszkali w Polsce, ‘dostawalibyśmy’ na dzieci 1,600 PLN miesięcznie (800+), w UK ‘dostajemy’ 170 funtów miesięcznie, czyli około 850 PLN na dwójkę.

Tak naprawdę dopiero przy zarobkach około 100,000 funtów rocznie (pół miliona złotych) można mówić o korzystniejszym podatku w Polsce. Ale tyle chyba hydraulik jednak nie zarabia.

Osobiście uważam, że służba zdrowia jest lepsza w Polsce. Ale nie dlatego, że NFZ jest lepszy niż NHS. Są raczej porównywalne. Otóż w Polsce prywatna opieka działa lepiej, bo jest tańsza i szerzej dostępna. W takim Świnoujściu można umówić się do specjalisty niemal na następny dzień i wizyta kosztuje parę stów. Nie jest to nic, ale taka sama wizyta w UK (przynajmniej kilka tygodni oczekiwania) to wydatek również rzędu kilku stów, tylko w funtach. Także pięć razy więcej.

Powiedzmy, że chcę sobie zbadać poziom hormonu tarczycy TSH. W Świnoujściu idę do laboratorium, płacę 29 złotych i mam wynik tego samego dnia. W UK muszę pojechać do Oxfordu, płacę 29 funtów (czyli 150 zł) i wynik dostaję w ciągu 1-2 dni. Prywatne usługi dentystyczne w Polsce kosztują podobnie (może ciut taniej), ale ich standard jest według mnie dużo wyższy.

Natomiast to co jest zdecydowanie tańsze w UK to leki. Kiedyś czytałam artykuł o wydatkach polskich rodzin i ‘leki’ to był stały miesięczny wydatek w budżecie. Szkoci w ogóle nie płacą za leki, w Anglii recepta na lek kosztuje ryczałtem 10 funtów. Emeryci nie płacą za leki. Osoby z chorobami przewlekłymi np. cukrzycą nie płacą za leki. Osoby na zasiłkach nie płacą za leki. Kobiety w ciąży nie płacą za leki. Dzieci nie płacą za leki. Antykoncepcja jest darmowa dla wszystkich (poza ‘pigułką po’). Paczka paracetamolu kosztuje 35 pensów ;).

Uważam, że edukacja w Polsce jest generalnie lepsza, ale może mam sentyment. Nigdy nie powiem złego słowa na edukację, którą odebrałam w Polsce. Ale…. prywatne szkoły w Polsce nie mają nic wspólnego ze szkołami prywatnymi w UK. Owszem, może Tessa płaciła ‘zaledwie’ 6,000 funtów rocznie za dziecko, ale jestem pewna, że to dziecko nie grało ani w polo, ani na wiolonczeli w ramach programu nauczania. Być może troszkę się to zmieniło, ale szkoła prywatna w Polsce oznacza przeważnie naukę w mniejszych klasach, zwiększoną liczbę godzin języków obcych/informatyki, a nauka odbywa się zazwyczaj w gorszych warunkach lokalowych niż w szkole państwowej (np. brak własnej sali gimnastycznej).

Państwowe uniwersytety w Polsce są darmowe, ale trudno się na nie dostać, a nawet te najbardziej prestiżowe jak UJ czy UW w światowych rankingach są daleko w tyle, nawet za ‘średniakami’ w UK Nie uważam jednak, że skoro Oxford jest na trzecim miejscu, a UJ na 350tym, to nauka tam jest 350 razy gorsza.

Żłobki i przedszkola. Edukacja żłobkowa jest potwornie droga w UK i jest to duży problem, ale też do szkoły (darmowej) idą już pięciolatki. Warto nadmienić, że w Polsce prawnie opiekunka w żłobku może mieć pod opieką ponad dwa razy więcej dzieci, niż w UK. Opieka żłobkowo-przedszkola wg. mnie jest dużo lepsza w UK, niż w Polsce. Domyślam się też, że miejsce w państwowym żłobku w Polsce nie jest aż tak łatwo znaleźć (przynajmniej w niektórych regionach) jakby to wynikało z artykułu.

Infrastruktura drogowa w Polsce zmieniła się zdecydowanie na lepsze. Droga Szczecin-Świnoujście w ciągu kilku lat zmieniła się nie do poznania, i nie chodzi tylko tunel. Ale w UK infrastruktura drogowa też nie jest zła (wyłączając z tego dziury w miejskich jezdniach). Kolej działa bardzo podobnie. Nie jestem fanką brytyjskiej kolei, ale uważam, że jest nieco lepsza niż ta w Polsce. Artykuł wspomina o tym, że trasę z Krakowa do Warszawy (około 300km) pendolino pokonuje w 2 godziny i 20 minut. Trasę z Yorku do Londynu (około 300km) pociąg nie-pendolino pokonuje w 1 godzinę i 50 minut.

Faktycznie transport publiczny w Polsce jest śmiesznie tani w porównaniu z tym, co trzeba zapłacić w UK. Przykładowo, miesięczny bilet (z Kartą Warszawiaka) na strefy 1-2 kosztuje 100 PLN (20 funtów). Ekwiwalent w Londynie (przyjmijmy cztery strefy z sześciu) kosztuje 260 funtów miesięcznie (czyli około 1300 PLN!). Transport jest drogi i stanowi pokaźny wydatek w domowym budżecie (tak jak leki w Polsce). Muszę tu jednak wspomnieć, że Londyn ma 11 linii metra, a nie dwie.

Fakt, artykuł skupiał się głównie na szybkim rozwoju ekonomicznym Polski i generalnie warunkach życia. Zdziwiło mnie jednak, że nikt nie wymienił słynnej polskiej gościnności. Polska przyroda też nie została doceniona.

Zgadzam się, że Polska jest fajnym miejscem do życia, szczególnie w Krakowie. Zgadzam się, że Polska przeżywa właśnie boom gospodarczy. Polacy są doskonale wykształceni, nie boją się pracy i mają głowę na karku. I nie zafundowali sobie Brexitu. Uważam, że przynajmniej częściowo obecny boom to zasługa powracających emigrantów, którzy pokazali królowi środkowy palec. I wcale im się nie dziwię, bo Wielka Brytania przechodzi teraz ogromny kryzys i specjalnie końca nie widać. Zaraz Nigel Farage zostanie premierem i dopiero zacznie się jazda. Uważam jednak, że artykuł jest mocno podkolorowany. Trawa niekoniecznie jest bardziej zielona i nie wszystko złoto, co się świeci. Nie zmienia to faktu, że bardzo się cieszę, że ja i małe Pimposhki mamy po dwa paszporty.


Dodałam przycisk z lajkiem. Można go nacisnąć i dać mi znać, że ‘jestem’, ‘przeczytałam’, ‘dobra robota’, ‘fajnie, że jesteś’, ‘doceniam to, że piszesz’. Dla mnie jest to znak, że ktoś tam po tej drugiej stronie jest i czyta. Umawiamy się, że naciśnięcie tego przycisku nie oznacza, że koniecznie zgadzacie się z treścią wpisu, ok?

Subscribe
Powiadom o
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
yenni
10 godzin temu

Co do Zakopianki, to zależy o jakiej porze roku/dnia/tygodnia/godzinie się tam jedzie. Ja w minioną sobotę wyjechałam autobusem o 6:10 z Krakowa a o 8:20 wysiadałam na dworcu w Zakopanem. Ale faktycznie, jeśli nie ma akurat najazdu turystycznego, to jedzie się teraz tą trasą naprawdę spoko. Pociąg IC jedzie najkrócej (bo są różne czasy przejazdu) 2 godziny i 30 minut.

Karo
10 godzin temu

Dokładnie tak! Jako Polka mieszkająca w Niemczech ( i mająca za męża Węgra) od jakiś 20 lat porównuje te kraje od dłuższego czasu…i jak Ty widzę te plusy dodatnie i ujemne. Polska ( i Węgry też!) zmieniły się bardzo przez te lata i kontrast nie jest już taki ogromny. Ale dalej wydaje mi się, że życie tak zwanej “klasy średniej” jest jednak ciągle trochę łatwiejsze w Niemczech. I szkolnictwo oraz służba zdrowia też są za darmo ( wliczając w to szkolnictwo wyższe- sama studiowałam na niemieckim uniwersytecie, wtedy jeszcze nie było to możliwe dla obywateli EU, ale teraz można nawet ubiegać się o stypendium, jeżeli rodzice/ opiekunowie/ małżonek nie mają wystarczających dochodów żeby zapewnić utrzymanie ów studenta)…bardzo serdecznie pozdrawiam z Karlsruhe, jesteś dla mnie cudownym zaczęciem tygodnia, czytam Cię od chyba już jakiś 10 lat albo i dłużej( Twoj blog pokazała mi kiedyś moja drutomaniaczkowa mama) i bardzo bardzo proszę, nie znikaj! Bo to strata przeogromna by była!

Małgorzata
9 godzin temu

Mieszkam w małym mieście. I tu odkąd są te nowe programy faktycznie dla każdego dziecka jest miejsce w żłobku. Teoretycznie darmowe, nie wiem jak to praktycznie wygląda.

9 godzin temu

Za płotem trawa zawsze zieleńsza 😉
Nigdy nie lubiłam porównań, jak to za granicą mniemanie lepiej się żyje, i JAK DUŻOja zarabiam w €. Ale ja też w euro wydaję, i podatki też są w euro, jak i ubezpieczenia, jak i każda godzina pracy rzemieślnika, a ci się cenią, do tego dochodzi (jeszcze) 19% podatku ku chwale ojczyzny. Trywialne sprawy jak normalne życie. W swoim czasie miałam kilka lat studenta na utrzymaniu, w sławetnym czasach oplat za studia, to było 700- 800 € co semestr, a wynajęcie pokoju, utrzymanie, książki i cała otoczka dochodziły też oczywiście. Bafög jako stypendium trzeba było połowę spłacić, a że spłaciłam na raz, to jeszcze jakaś ulgę z tego faktu wykorzystałam, ale bezpłatnych stypendiów w Niemczech nie ma.
Galopujące ceny paliwa i ogrzewania, w wielu rejonach oszałamiające ceny wynajmu mieszkania, to są rejony, gdzie łatwo/ łatwiej znaleźć pracę; gdzie ceny wynajmu i immobilii mniejsze, tam zwykle nie ma konkretnych miejsc pracy, jak w mojej poprzedniej ojczyznie w Dolnej Saksonii na prerii. Dlatego po sprzedaży domu tam, tylko ta suma była za mała na zakup 3- pokojowego mieszkania w okolicach Bamberg.
W sumie nie porównuję życia w Niemczech do życia w Polsce, zyję tutaj już więcej jak ⅔ mojego życia, i tutaj dożyję, mam nadzieję, że już bez większych życiowych kopniaków i siniaków.
Polska jest, z tego co słyszę i widzę, w wielu aspektach ciekawsza i dalej niż Niemcy, ale są też sprawy, które mnie wycofywują. Polityka, wpływ kościoła, zabezpieczenie zdrowotne. Nie wiem, jakie szanse i zabezpieczenie terapeutyczne miałabym np jako głucha, z wszystkimi ortopedycznymi dolegliwościami.
Oczywiście nie jestem zachwycona wyższym wiekiem emerytalnym, ja z powodu inwalidztwa mam pracować do 65 lat- bez byłoby do 67, a jako inwalidką mogę teoretycznie iść już na emeryturę w wieku 62 lat, ale z dożywotnim obcięciem tejże o ponad 10%, 0,3% za każdy wcześniejszy miesiąc.
Ach, myślę sobie, te jeszcze 5½ roku, to na jednym pośladku wytrzymam, a jak Fiona pójdzie do szkoły, to ja ede miec juz całoroczne wakacje :))

By Pimposhka
4
0
Would love your thoughts, please comment.x