W zeszłym tygodniu byłam w Brighton na dwudniowej konferencji. Miałam Wam o tym napisać w formie reportażu, ale mam bardzo mało zdjęć. Te 48 godzin spędziłam głównie w salach konferencyjnych, więc reportażowo nie ma za bardzo o czym pisać.
To była doroczna konferencja dyrektorów serwisów karier na uniwersytetach. Nie mam pojęcia jak to wygląda w polskiej wyższej edukacji, ale w UK każdy uniwersytet ma dość rozbudowane centrum karier (mogą to być nawet dziesiątki osób), które pomaga absolwentom znaleźć pracę. Oferują szkolenia, trening przygotowujący do rozmowy kwalifikacyjnej, testów psychometrycznych, klinikę CV, jak sobie radzić ze sztuczną inteligencją w rekrutacji itd. Taki serwis oferuje praktyki zawodowe, organizuje targi karier oraz utrzymuje kontakt z lokalnymi firmami i pracodawcami, które zatrudniają absolwentów.
Stałym elementem ich pracy jest też ‘moje’ badanie ankietowe i stąd moja obecność na tej konferencji. To moja druga konferencja. W zeszłym roku miałam 30 minut sesji równoległej (kiedy na konferencji kilka sesji ma miejsce w tym samym czasie i uczestnicy wybierają, co ich interesuje). Opowiadałam o tym jak rozwijamy badanie, brałam na klatę wszelkie frustracje, uważnie słuchałam sugestii. W tym roku dostałam 45 minut na głównej scenie i zero konkurencji. To nie jest łatwa sesja. Jestem sama, są trudne pytania, frustracje związane z badaniem a nawet ataki, które skupiają się na mnie i moich współpracownikach. Oczywiście rozwaliłam system. Dostałam dużo komentarzy, że super, że bardzo dziękują, że znam się na rzeczy, że z humorem, że to bardzo pomocne, interesujące itd. Po dwunastu latach ‘chowania się’ na Oxfordzie, 2.5 roku zajęło mi zbudowanie sobie pozycji w szerszym sektorze. Ten występ na konferencji w Brighton to taki mój sukces. Fakt, że nie tylko zaprosili mnie ponownie, ale dali też większe pole do popisu o czymś świadczy.
Tego samego dnia wieczorem była uroczysta kolacja. Okrągłe stoły, białe obrusy, winietki z imieniem. Siedziałam koło pani, która pomaga młodym ludziom bez społecznych przywilejów odkryć ich zawodowe powołanie. Jeśli masz rodziców, którzy ciężko zasuwają, często za małą kasę, a po powrocie do domu tylko narzekają na swoją pracę, to taki młody człowiek niespecjalnie pali się do roboty. Kariera, która może być pasją, dawać satysfakcję i niezłe pieniądze to w zasadzie zupełnie abstrakcyjny koncept. Po mojej drugiej stronie siedział globalny dyrektor czegoś tam z firmy Skyscanner. Pochodzący z RPA, mający hinduskiego ojca, też wiedział parę rzeczy na temat dyskryminacji i siły przebicia.
Na konferencji dużo mówiło się o studentach, tzw. pierwszych w rodzinie. Często wspominano o kapitale społecznym. Absolwent Oxfordu, który wywodzi się z rodziny ‘oxfordczyków’ nie będzie szukał pracy na internetowych portalach. Posada będzie już na niego czekała. Tak działa kapitał społeczny.
Wszystkie te rozmowy i prezentacje na temat kariery młodych ludzi po studiach sprawiły, że zaczęłam myśleć o mojej ścieżce kariery. Żeby dojechać do Brighton pociągiem miałam przesiadkę w Londynie. Pociągi nad morze odjeżdżają między innymi ze stacji Victoria. Victoria to nie tylko stacja kolejowa i stacja metra, ale też największy terminal autokarowy w Londynie. To tutaj przyjeżdżają Sindbady z Polski i to tutaj przyjechałam autokarem po raz pierwszy w 2001 roku. Jeszcze przed wejściem Polski do UE i zanim tanie linie lotniczne opanowały europejską przestrzeń powietrzną.
Przesiadając się na Victorii wspominałam tą pierwszą podróż, kiedy musiałam dojechać do dzielnicy South Norwood i nie wiedziałam, że peron ogłaszany jest ‘na żywo’ na tablicach informacyjnych. Nawet na Dworcu Centralnym w Warszawie perony są przypisane do konkretnych pociągów na stałe, a w Świnoujściu na dworcu w ogóle są tylko dwa perony.
W drodze powrotnej przesiadałam się na innej stacji – London Bridge. Na tej stacji bardzo często przesiadałam się latem 2001, kiedy jechałam do pracy w pubie w finansowej dzielnicy City. Często kupowałam sobie bajgla w sklepiku na tej stacji aby zjeść na lancz. Naszła mnie taka nostalgia, że wracając do domu w środę kupiłam sobie takiego samego bajgla, w tej samej sieci, w której kupowałam go 24 lata temu. Wtedy kupowałam suchego bajgla, teraz ‘na bogato’ z nadzieniem z tuńczyka.
Przecież ja jestem dziewczyną z małego miasteczka na krańcu Polski, która przyjechała do Anglii z jedną walizką. Kiedy przyjechałam na studia, a potem szukałam pracy miałam absolutnie zerowy kapitał społeczny. To był 2004-2005 rok. Polacy się dopiero zjeżdżali. Nie miałam tutaj rodziny, nie miałam znajomych ze szkoły, nie miałam nauczycieli, którzy mnie znali. Nie miałam kolegi ojca ze studiów, który mógłby pomóc załatwić praktykę. Nie miałam koleżanki mamy z liceum, której córka też studiowała na tym samym uniwersytecie, z którą mogłabym wynająć mieszkanie. Nie miałam wujka, który był profesorem na uniwersytecie (w Polsce zostawiłam takich dwóch). Nie miałam nikogo, kto mógłby mnie komukolwiek polecić. Nic. Sama jak palec. Zero kontaktów, niewiele pieniędzy w kieszeni, jedna walizka, w miarę przyzwoity szkolny angielski. Moja wiedza na temat Anglii i Anglików pochodziła z książek o przygodach misia Paddingtona. Wtedy jeszcze nie było YouTube, blogów i influencerów doradzających jak przetrwać pierwsze 100 dni w Wielkiej Brytanii.
Ale wiecie co miałam? Miałam całkiem niezły habitus. Habitus to pojęcie wprowadzone przez Pierre’a Bourdieu (mojego ulubionego teoretyka społecznego z czasów studiów), oznaczające zespół trwałych, uwewnętrznionych dyspozycji (sposobów myślenia, odczuwania i działania), które jednostka nabywa w toku socjalizacji i które nieświadomie kierują jej praktykami społecznymi. Habitus to nie jest kapitał społeczny ale coś, co często jest odbiciem naszego kapitału społecznego. Emigrując z Polski pozbyłam się całego kapitału społecznego, ale zabrałam ze sobą swój habitus.
Nie da się ukryć, że dzieciaki z dużego miasta (zarówno biedne i bogate) mają więcej możliwości rozwoju niż dzieciaki z małych miasteczek. Ja nigdy nie miałam nic przeciwko mojemu miastu, jestem dumna, że pochodzę ze Świnoujścia. Uczyłam się w zwykłej podstawówce. Innych wtedy nie było. Moje szlify sceniczne ćwiczyłam na szkolnych akademiach recytując patriotyczne wiersze (patronem mojej szkoły jest marynarka wojenna więc było dużo o walce o polskie morze). To przerodziło się w pracę prezenterki w lokalnej telewizji, jednej, potem drugiej oraz lokalnym radiu. Taki trening wychodzi potem z człowieka na scenie w luksusowym hotelu The Grand w Brighton, kiedy oślepiona reflektorem, z mikrofonem, rozmawiam z 300 uczestnikami konferencji. To tylko jeden przykład, że sukcesów nie odnoszą tylko dzieciaki z dużego miasta, które miały możliwość uczęszczania do ogniska teatralnego przy Teatrze Narodowym czy sobotnie poranne warsztaty dla dzieci przy Filharmonii. W Świnoujściu można co najwyżej liczyć na gościnne występy aktorskie w miejskiej sali teatralnej, gdzie kiedyś na ścianie był namalowany wielki fresk z Leninem.
Mój dziadek wyjechał z małej wioski pod Częstochową nad morze, bo chciał być marynarzem. W rodzinie absolutnie nie było żadnych tradycji morskich. W mojej rodzinie nie ma statystyków ani socjologów, sama musiałam znaleźć swoją ścieżkę bez pomocy rodzinnych tradycji. Mój ojciec i moja mama oboje kochają swoją pracę. Jak widzisz spełnionych rodziców, jak widzisz ile satysfakcji daje im ich praca i kariera, to też chcesz szukać swojej drogi.
W Warszawie nie miałam żadnej rodziny. Jasne, że było widać, kto był z Warszawy, a kto był ‘słoikiem’. Ale ja nigdy nie miałam problemu z byciem słoikiem. Być może dlatego, że w Świnoujściu każdy jest słoikiem, wszak to miasto zostało zabrane Niemcom. Fakt, że w Świnoujściu nikt nie miał dziadka co walczył w AK jest dość wyzwalający. Stosunkowo niewielka dawka narodowego patosu (pomimo tych wierszyków o polskim morzu) to również część składowa mojego habitusu. To pozwala mi się dość łatwo odnaleźć w różnym środowisku.
Niedawno wdałam się w rozmowę z pewnym think tankiem, który potrzebuje analityka. Uzgodniliśmy, że mogę dla nich zrobić zlecenie ale finanse musiały być zatwierdzone przez zarząd. Szef skontaktował się więc z przewodniczącą zarządu, nota bene panią rektor na bardzo prestiżowym uniwersytecie na północy kraju i pierwszą damą sektora wyższej edukacji (oraz faktyczną damą pasowaną przez Królową). Na jego prośbę ona odpowiedziała: ‘Pimposhka? Ależ oczywiście, że znam. Jest świetna, jesteśmy w dobrych rękach.’ Tak działa kapitał społeczny. Mój powstał na fundamentach małomiasteczkowego habitusu.
Ta krótka przesiadka na dworcu Victoria i bajgiel z kiosku na stacji London Bridge wysłał mnie w sentymentalną podróż. To skąd pochodzimy, kto nas wychował i jak, ma ogromne znaczenie. To poczucie, że mogę wszystko totalnie ukształtowało mnie w dorosłych życiu. To chcę dać moim małomiasteczkowym córkom. Nie kontakty, ale umiejętność nawiązywania kontaktów, aby mogły w życiu obrać swoją własną ścieżkę ze spokojem, pewnością siebie i podniesioną głową.

Ze względu na moją tymczasową dodatkowa pracę, to jest pewnie najdłuższy wpis jaki przeczytacie w najbliższych tygodniach. Mam nadzieję, że się Wam podobał.
Dodałam przycisk z lajkiem. Można go nacisnąć i dać mi znać, że ‘jestem’, ‘przeczytałam’, ‘dobra robota’, ‘fajnie, że jesteś’, ‘doceniam to, że piszesz’. Dla mnie jest to znak, że ktoś tam po tej drugiej stronie jest i czyta. Umawiamy się, że naciśnięcie tego przycisku nie oznacza, że koniecznie zgadzacie się z treścią wpisu, ok?

Serdeczne gratulacje, Twoje osiągnięcia są imponujące. Podziwiam i kibicuję 🙂 I wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
Dziękuję Elu!
Kilka dygresji:
absolutnie nie miałam nigdy problemu z tym, że pochodzę z małego miasteczka, TEGO małego miasteczka. Świnoujście jak na małe miasteczko ma i tak duży potencjał, bliskość granicy i tłumy przyjezdnych trochę nas wypychały w górę. Jeśli miałaś okazję być w podobnej wielkości miasteczkach w centrum lub na wschodzie Polski, to pewnie wiesz, o czym mówię. Przynajmniej nie było nudno.
Pamiętam mój egzamin ustny przy przyjęciu na studia – odpowiedziałam płynnie i szybko na wszystkie pytania nie dając egzaminatorom dojść do głosu, po czym jeden z nich spytał, z jakiego liceum jestem. I widać było, że był naprawdę zdziwiony, że nie było to żadne z gwiazdorskich poznańskich liceów.
Co do dziadków, to mam jeszcze taką obserwację, że nie dość, że nikt nie miał dziadka w AK, to mało kto miał w ogóle dziadków na wyspie – do babci i dziadka na wakacje niemal każdy jechał kilkaset kilometrów. To już temat na inną rozkminę, ale faktem jest, że większość świnoujskich mam musiała radzić sobie bez wsparcia babć.
Oczywiście teraz Świnoujście jest inne niż kiedy my byłyśmy w liceum. A swoją drogą Mieszko to przecież bardzo dobre liceum było (jest?). I masz rację, że Świnoujście to nie Jasło na przykład (i nigdy nie było). Ja akurat miałam miałam jeden zestaw dziadków w domu (bo to przez dziadka urodziłam się w Świnoujściu).
P.S. jeszcze mi się przypomniało, że nic tak nie podniecało egzaminatorów na Oxfordzie jak właśnie znalezienie przyzwoitego kandydata z małego miasteczka i zwykłego liceum gdzieś na północy kraju. Przyjmować kandydatów z Eton to żadna sztuka i nudy.
Moim zdaniem kapitał społeczny (czyli po polsku znajomości) się liczy, ale też trzeba coś sobą reprezentować. Znam ludzi z olbrzymim kapitałem społecznym, którzy go roztrwonili i takich, którzy przebili się bez tego kapitału społecznego, bo byli twardzi i wytrwali. Z własnego doświadczenia wiem, że nigdy nie polecę nikogo, kto raz zawiódł moje zaufanie i musiałam za niego “świecić oczami”. Zatem jeśli ktoś Cię poleca, to znaczy, że zna Cię z najlepszej strony i robisz “dobrą robotę”.
Nie jestem pewna, czy kapitał społeczny to tylko znajomości, ale faktycznie to jego spory element. Na przykład w Oxfordzie, koszmarnie drogie programy MBA to w połowie wiedza, a w połowie kogo spotkasz na studiach. Raz zostałam poproszona o zrobienie krótkiego wykładu dla takiej grupy i byłam w szoku, kto tam był. Sami jacyś doradcy prezydentów, zarządcy wielkich spółek z całego świata itd. Podobnie z konferencjami, po części jedziesz aby dowiedzieć się czegoś nowego, po części dla ‘wieczorków zapoznawczych’. I oczywiście masz absolutną rację, że brak czy posiadanie kapitału społecznego nie gwarantuje sukcesu i wiele zależy od naszych indywidualnych talentów. Uważam jednak, że jeśli masz dobry kapitał społeczny to możesz być średniakiem a i tak odniesiesz sukces w większości sytuacji. Natomiast trzeba być naprawdę dobrym aby zbudować sobie kapitał społeczny od zera.
Piękne słowa. I poszukam, co oznacza habitus. Kapitał społeczny to wiem.
Dzięki za te rozkminki.
Dzięki! Powodzenia w zgłębianiu habitusu.
Poznałam Cię jako dziergającą Polkę w Yorku i śledziłam Twój rozwój przez wszystkie lata. Gratuluję osiągnieć i życzę dalszych sukcesów.
Dziękuję!
A ja myślę Pimposhko że takim kapitałem jest twój charakter .
Z tym się człowiek rodzi . Można go jakoś kształtować itp ale albo masz taką determinację w genach albo i nie.’Nie wszyscy rodzą się ekstrawertyczni, dynamiczni, uparci. Oczywiście gratulacje bo Ty umiałaś świetnie wykorzystać karty z twojej genetycznej talii i to już tylko twoja zasługa.
Usciski
Ha! Im jestem starsza tym jestem bardziej przekonana, że jestem introwertykiem. I wiem, że wielu osobom trudno to sobie wyobrazić. Moja kuzynka Róża jest bardzo ważną Panią w banku, w dodatku od HR i też jest potwornym introwertykiem. Myślę, że introwertycy kojarzą nam się stereotypowo z jakimś wycofanym społecznie i towarzysko informatykiem a to nie prawda. Masz rację, że to co człowiek miał rozdane, jeszcze trzeba umieć wykorzystać. A to bardzo indywidualna sprawa.
Bardzo Ci gratuluje, bo jestes super zdolna i pracowita! I jako socjolog zupełnie się z Tobą zgadzam, oraz też uwielbiam Bourdieu ale ja za3sze myslalam, ze to kapitał kulturowy, a dokładniej jego ucieleśniony element (czyli ambicje, dyspozycje, wiara w siebie, szerokie horyzonty itd). Kapitał- bo Ci procentuje. Ale się nie upieram.
Ale to szczegóły i dyskusje teoretyczne.
W skrócie- gratuluję!
Ah bratnia dusza :). A wiesz, że Bourdieu jest pochowany na Pere-Lachaise w Paryżu?
Wydaje mi się, że habitus to właśnie takie ucieleśnienie kapitału kulturowego. Pi razy oko. Dobrze mówisz 🙂
Dzieki za info, kiedys bede w Paryzu to go odwiedze!
A znasz dokument ‘Sociology is a Martial Art’ – chyba jest na yt.
Też jestem z niedużego miasta, w dorosłości mieszkam i mieszkałam w dużych. Za młodu jakoś nie docierało do mnie, że to może być wartościujące, ale faktycznie człowiek im dalej odjedzie, tym mniej ma ułatwień. Tym bardziej są powody do dumy (tu brawa dla Pimposhki!). Uważam, że to bardzo fajne, gdy spotykają się ludzie z różnych miejsc w kraju i na świecie. Nigdy nie rozumiałam wyśmiewania się ze “słoików”, przecież tyyyle ciekawych rzeczy można się dowiedzieć od kogoś z innych stron, a w pracy czy na studiach pracowitość i zdolności nie zależą od miejsca urodzenia czy zamieszkania.
Człowiek im dalej odjedzie, tym ma mniej ułatwień. Oczywiście! Dlatego zawsze irytowało mnie, jak pisało się o emigrantach do Wielkiej Brytanii 20 lat temu, że jadą do łatwego życia. Bo teoretycznie niby więcej kasy za roboczogodzinę ale pieniądze to nie wszystko. Przekonały się o tym polskie pary, którym urodziły się dzieci i nagle okazało się, że brakuje im pomocy rodziny, nawet jeśli mają super pracę i fajny dom.
Trochę późno ale i tak napiszę. Wspomnienia Victorii i London Bridge są mi bardzo bliskie, tak jak i Brighton gdzie mieszkałam przez jakiś czas, czy też Hove bardziej, jedno z wielu miejsc gdzie mieszkałam. Przyleciałam do UK w 2000, zaczęłam od sprzątania, barów, restauracji i nie codziennym zdarzeniem zaczęłam tłumaczyć język niemiecki w firmie w której sprzątałam, długa historia. Lata, godziny wieczornych studiów, skończyłam Herriot-Watt w Edinburgu. Programowanie,recesja, przekierunkowanie, nauczycielstwo i ostatnio wykładowca. Teraz już na innej drodze po rezygnacji ale, mój wykład o tym jak to wszystko się potoczyło to poprostu pokazanie że nie ważne skąd jesteśmy, możemy wszystko, z albo i bez kapitału. Serdecznie gratulacje Pimposhko, konsekwencja i dążenie do celu zaowocowało.