Moja pierwsza praca po studiach była ‘porządną’ pracą, na konkretnym stanowisku i z solidną pensją. Byłam koordynatorem projektów, robiłam to co lubię. Ale czas mijał, powoli zaczęłam się nieco nudzić i szukałam nowych wyzwań. W międzyczasie koledzy z pracy awansowali na stanowiska podobne do mojego z tą jednak różnicą, że ich praca wymagała również zarządzaniem kadrą. Ja oficjalnie nie miałam nikogo ‘pod sobą’. Stwierdziłam więc, że jeśli dostanę jakiegoś miniona do zarządzania to moja praca stanie się nieco ciekawsza i będzie to dobre doświadczenie, które będę mogła sobie wpisać w CV. Niestety pomimo moich próśb i próśb mojej szefowej minion się nie pojawiał i był to jeden z powodów, dla których odeszłam z tej pracy (odeszłam wtedy na stypendium doktoranckie, a przez kolejne siedem lat dorabiałam sobie u nich jako konsultant).
Wydawało mi się wtedy, że to tak fajnie mieć miniona do poganiania pejczykiem, który będzie robił wszytko to na co my nie mamy ochoty. Z takim podejściem byłabym ‘fajną’ szefową co? Na szczęście poglądy mi się zmieniły, i to o 180 stopni.
Dzisiaj jestem menadżerką pełną gębą. Nie tylko mam w swoim malutkim ‘dziale’ dwie dziewczyny, ale chwilowo jestem też w jednej trzeciej dyrektorką całego ‘oddziału’. Otóż w dalszym ciągu czekamy, aż zatrudnią nam nowego szefa (poprzednia szefowa odeszła z końcem stycznia) więc ja i jeszcze dwóch innych menadżerów dzielimy się obowiązkami również na wyższym szczeblu. Tęsknię za czasem kiedy mogłam po prostu zająć się pracą. Teraz ponad połowa mojego czasu w pracy to spotkania, obmyślanie strategii, spotkania, organizacja pracy innym, spotkania, czytanie urzędowych dokumentów, spotkania, podpisywanie różnych dokumentów, spotkania, upewnianie się, że moje dwie dziewczyny wiedzą co robią, spotkania, czytanie raportów, przygotowanych przez innych, spotkania. Zostaje niewiele na wszelkie działania kreatywne, które tak bardzo lubię.
Okazuje się, że szeroko pojęte zarządzanie to jest tak naprawdę bardzo trudna robota. Człowiek pracuje cały dzień a kończy pracę w poczuciu, że dziś to w zasadzie ‘nic nie zrobił’. Szczerze, to niezbyt mi się to podoba. Z drugiej strony dla takiego specjalisty jak ja są tylko dwie drogi awansu. Albo, sprzedajemy swoją wiedzę jako konsultant czyli pracujemy na własny rachunek (być może czeka mnie taka przyszłość, ale w mojej obecnej sytuacji rodzinnej takie rozwiązanie nie jest praktyczne) albo… zostajemy menadżerem. No to jestem.
Wady:
- Rekrutacja. Rekrutacja to mordęga, szczególnie taka jaka obowiązuje nas na uniwersytecie. Zazdroszczę mojemu mężowi, który współpracuje z różnymi agencjami pracy i po prostu dostaje telefon, że pojawił się ktoś sensowny, spotyka się z nim i może podjąć decyzję, czy chce tą osobę zatrudnić. Aby znaleźć moje dwie dziewczyny musiałam przejść pięć rund rekrutacyjnych. Ugh!!!
- Tak jak napisałam powyżej, często kończę dzień z poczuciem, że nic nie zrobiłam.
- Cały czas myślę o osobach, które są moimi bezpośrednimi podwładnymi: czy są zadowolone, czy są wystarczająco zmotywowane, czy wiedzą co robią, czy potrzebują jakiegoś dodatkowego szkolenia itd.
- Mam zdecydowanie dużo więcej maili w mojej skrzynce, chodzę na dużo więcej spotkań i mam cały czas poczucie, że ‘każdy chce kawałek mnie’.
Zalety
- Moje dziewczyny są naprawdę świetne i uważam, że obie są moją ‘nagrodą’ za te miesiące bezowocnej rekrutacji. Nie muszę chyba dodawać, że obie są absolwentkami Oxfordu (obie są też starsze ode mnie)? Kiedyś kolegowałam się z ‘szefową wszystkich szefów’, która na odchodne powiedziała ‘otaczaj się zdolnymi ludźmi bo oni sprawią, że i Ty będziesz dobrze wyglądać’
- Teraz, kiedy muszę przekazać swoją wiedzę i doświadczenie innym zdałam sobie sprawę ile wiem i ile się nauczyłam. Nie ma pytania, na które nie znam odpowiedzi. To miłe uczucie.
- Faktycznie, mogę pewne rzeczy, którymi nie mam ochoty się zajmować scedować na innych :).
W piątek miałam spotkanie z jedną z moich dziewczyn. Pytam się, czy jest zadowolona. Ona jest również statystykiem i mówi mi, jaka jest szczęśliwa bo wreszcie ma szefową, która rozumie o co chodzi z tymi wszystkimi analizami. Oraz, że podoba jej się mój ‘styl zarządzania’ bo ona czuje, że ja chcę aby ona była szczęśliwa. To chyba największy komplement jaki może dostać młoda (stażem) menadżerka :).
Oczywiście, Pimposhko, wiem , co znaczy happy☺
Ja generalnie mam szczęście do dobrych szefów więc uczę się od nich. Mam juz wystarczającą wysługę w latach aby wiedzieć, co o to znaczy dobry szef.
Krystyno zgadzam się. Ja minionka pytałam, że jest zadowolona (po Angielsku to happy, można przetłumaczyć jako 'szczęśliwy') ale chodziło mi właśnie o zadowolenie z pracy. Wiesz, jest u nas dwa miesiące i chcę wiedzieć, czy ta praca jest zgodna z jej oczekiwaniami itd. I zgadzam się. Ja też staram się nie kumplować za bardzo bo to faktycznie ułatwia wzajemne stosunki.
Dzięki! Mam wrażenie, że tak będzie jednak wyglądać moja najbliższa przyszłość zawodowa. Ale kiedyś będę konsultantem pełną gębą, wyprowadzę się do Świnoujścia, będę pracować zdalnie a zarządzać będę jedynie alpakami, które będę hodować w ogródku :).
Mario, oczywiście masz rację. Wiesz, po Angielsku to jest takie słówko Happy. I bardziej ta rozmowa przebiegała, 'Czy jest Pani zadowolona'? bo jest u nas dwa miesiące i warto zapytać np. czy możemy dokonać jakiś zmian jeśli Pani nie jest zadowolona. I masz rację, ja też wątpię aby mi ktoś w twarz coś takiego powiedział choćbym była najgorszą zołzą. Ale wtedy to się czuje, że pracownik niezadowolony.
Dokładnie! Bardzo dobrze to je ujęłaś. Z jednej strony to orka, z drugiej jest satysfakcja.
Zgadzam się z Tobą. Moja stanowisko pracy jakoś tak samo się rozbudowało. Jak zaczynałam to byłam jedynym statystykiem na pół etatu a teraz są trzy etaty! A mój pierwszy minion to mój zastępca z macierzyńskiego, który po prostu został po moim powrocie. Ja też wolę nie szefować bo to jednak spora odpowiedzialność. Ale na szczęście póki co to też zamykam drzwi i nic mnie nie interesuje aż do następnego dnia.
Pimposhko, gratulacje! Nie wątpiłam, że tak zostaniesz oceniona. Ale Ty mądra kobieta jesteś i wiedziałaś kogo sobie wybierasz. Zarządzanie to ciężki kawałek chleba, ale ja też lubię u naszych pracowników ten błysk w oku jak mówią , że im u nas dobrze. A już najbardziej, kiedy odchodząc od nas dziękują za ten czas, dzielą się radościami, pamiętają o życzeniach, chcą współpracować i mówią, że jak im będzie źle to wracają do nas.
Pozdrawiam cieplutko Magdalenka
No nie wiem ,nigdy się podwładnych nie pytałam czy "są ze mną szczęśliwi"bo to się po prostu wyczuwa.Trudno w oczy skrytykować szefową no chyba ,że się już "uleje".Jedno jest pewne nie można się w pracy za bardzo kumplować z zespołem bo jest się szefem i już.Czasami trzeba podjąć trudne decyzje i wtedy kumpelstwo nie popłaca.Całe moje zawodowe życie byłam tą zarządzającą i nie jeden raz dusiło mnie w gardle bo nie dogodzisz wszystkim a bardzo się chce.Teraz wiem,że tak jak postępowałam to się pracownikom podobało i mnie chwalili i do dzisiaj wspominają . Owszem czułam ,że dobrze im ze mną ale na takim stanowisku twardą trzeba być bo inaczej cię zjedzą.Oj trudny to stołek ,trudny!Najważniejsze to być w porządku ze samym sobą i z tym czym się zarządza.
Życzę sukcesów bo jesteś szczerą i bardzo poukładaną osobą więc wiem ,że dasz radę ja to wiem!.Pozdrawiam Krystyna
Oj, niełatwa to praca. Na stanowiskach kierowniczych pracuję już prawie 20 lat. Lubię koordynować duże przedsięwzięcia, mam do tego dryg. Praca z ludźmi to jednak wyzwanie, bo ludzie są różni. Bywały momenty, gdy popadałam w zwątpienie, bo ktoś zawiódł. Bywały chwile, gdy z satysfakcją patrzyłam na rezultaty pracy mojego zespołu. To, czego nie lubię to papierologia i bieżące sprawy, które zabierają mnóstwo czasu. Po tylu latach zaczęłam czuć zmęczenie, podjęłam decyzję o rezygnacji. Do końca sierpnia jeszcze powicedyrektoruję, później zwalniam tempo, taką mam potrzebę. Tobie Pimposhko życzę sukcesów i dalszego rozwoju. Pozdrawiam
Nie wątpię,że jesteś dobrą menadżerką ,ale mam wątpliwość, czy podwładny powie Ci wprost, że jest niezadowolony z kierownika, a z drugiej strony czytam Twojego bloga już jakiś czas i myślę, że masz wszelkie predyspozycje być tym menadżerem i piąć się w górę, bo nie każdy się do tego nadaje.To tylko moje skromne zdanie na ten temat.
Jako "starsza asystentka" przyuczam młodych do pracy i też częściowo muszę ich pracę organizować i sprawdzać czy wszystko gra- czy zrozumieli co jak i dlaczego, czy dobrze wykonują zadania i czy są gotowi do przejęcia odpowiedzialności i samodzielnej pracy. Prawdę mówiąc cholernie to męczące i czasem cieszę się jak mają wolne i mogę się skupić tylko na moich zadaniach.
Ale daje też satysfakcję jak po kilku miesiącach ktoś stwierdza, że większość tego co umie nauczył się ode mnie…
Dlatego nigdy nie chcialabym miec funkcji kierowniczej, wole docinac z boku, z pozycji podwladnego, jesli cos idzie nie tak 😉
Nie wiem, nigdy mnie nie kusilo, isc "wyzej". Po prostu nie mam do tego zdrowia, ze tak to okresle, a w dzisiejszych czasach, to wiecej stresu niz honoru. Ja lubie wyjsc z pracy i zamknac tym rozdzial dnia.