Baaaaaardzo długi wpis. Proszę sobie zrobić dużą kawę.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu spędziliśmy urlop nie w Świnoujściu, ale w zupełnie innej części Polski. Przyleciałam do Warszawy po dziesięciu latach; Podlasie odwiedziłam ponownie po 25 latach. Każdy Brytyjczyk, który głosował za Brexitem powinien zobaczyć, co Unia (a konkretnie pieniądze z funduszy strukturalnych) mogą zrobić z krajem. I nie z jakimś tam krajem, ale z Polską. Przecież nie tylko my weszliśmy w 2004 roku do Unii, ale to Polska jest obecnie pupilkiem Europy i myślę, że to dzięki nam Polakom, naszej etyce pracy i życiowej zaradności (rany jak tego teraz brakuje Brytyjczykom). Na każdym rogu natykaliśmy się na tablice informacyjne, z czyjej kasy była robiona modernizacja.
Oczywiście w ciągu tych 20 lat Świnoujście z dość sennego nadmorskiego miasteczka przeobraziło się w super kurort, gdzie można zjeść w restauracji wspominanej w przewodniku Michelin i wypić bardzo przyzwoite mojito, serwowane przez kelnera z Filipin. A jeszcze jak wracałam z Warszawy do domu podczas studiów, to nie mogłam w moim mieście kupić brokuła (w Warszawie już wtedy można go było kupić). Jednak ta przemiana działa się na moich oczach, więc jakoś tak mnie nie poraziła. To co zobaczyłam na Podlasiu na pewno mnie poraziło. Nawet Warszawa niesamowicie wypiękniała przez ostatnie dziesięć lat, choć już przecież wcale nie była taka zła. Pod Pałacem Kultury zobaczyłam na ławce młodą dziewczynę, która czytała analogową książkę. Pomyślałam sobie, że jeszcze nie wszystko stracone.

Małe Pimposhki pojechały do Polski nieco wcześniej i spotkaliśmy się już w naszym wynajętym domu na Podlasiu. My przylecieliśmy do Warszawy kilka dni wcześniej, aby spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Długo szukaliśmy odpowiednich hoteli. Na dwie noce zatrzymaliśmy się w hotelu Prezydenckim, czyli dawnym hotelu Mariott. Było bardzo luksusowo, bardzo smacznie, z pięknym widokiem i tylko materac pozostawiał nieco do życzenia. Jeden z tych, co jak jedna osoba przewraca się na drugi bok, to druga ‘podskakuje’.





Poszliśmy na zakupy i kupiłam sobie sandały Wojas, z których jestem ogromnie zadowolona. Poszliśmy na drinka do baru na 40 piętrze naszego hotelu. Goście z hotelu ubrani ‘turystycznie’, a goście spoza hotelu w strojach wieczorowych (średnia wieku tych drugich jakieś 22 lata). Odwiedziłam kilka starych kątów jak Teatr Muzyczny Roma. Spotkałam się też na ploteczki z przyjaciółką ze studiów, która przyjechała z Żyrardowa aby się z nami zobaczyć. Pod Pałacem, od strony Marszałkowskiej wybudowali wielkie białe coś, co jest podobno Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Totalnie mi to umknęło, domyślam się, że ta bryła podzieliła Warszawiaków.





Wiem, że teraz wszyscy obcokrajowcy chwalą Warszawę, że czysto i bezpiecznie i…. muszę się z tym w 100% zgodzić. Nie zauważyłam żadnego złego czy uciążliwego zachowania w weekend, w samym centrum Warszawy. Co mnie uderzyło, to że wszyscy grzecznie czekają na przejściu dla pieszych, aż zapali się zielone światło. Mocno poprawiła się kultura jazdy, a piesi są traktowani jak święte krowy. Mam wrażenie, że mogłabym z zamkniętymi oczami wejść na przejście dla pieszych i nic by mi się nie stało. Samochody zawsze się zatrzymują. Nie czułam też potrzeby, aby co chwila oglądać się za siebie (tak jak to robię w Londynie), żeby mnie nie przejechał jakiś dostawca jedzenia na rowerze. W Warszawie na ulicy słychać wyraźnie język Rosyjski/Ukraiński. Chociaż jestem mocno przyzwyczajona do obcego języka na ulicy (a konkretnie niemieckiego na ulicach Świnoujścia), to jednak na początku zrobiło mi się troche nieswojo. Zdecydowanie na początku odbierałam więcej Rosyjskiego/Ukraińskiego niż Polskiego. Więcej jest też kobiet w hidżabach. Czarnoskórych jak nie było, tak nie ma. Co to znaczy, wszyscy wiemy.
Podejście do klienta mocno się zmieniło i oczywiście na lepsze. Na zakupach ekspedientki często mnie zaczepiały i pytały, czy mi w czymś pomóc. Kelnerzy byli bardzo uprzejmi. Wszyscy taksówkarze (poza spotkaniem z warszawską mafią, ale jej się nie dałam) byli super rozmowni, miła odmiana po taksówkarzach w UK, którzy często nie mówią po Angielsku. Oczywiście zdarzyły się zonki, nawet kilka. To co mnie uderzyło, to to, że klient musi udowodnić, że ma rację. Na przykład zamówiłam w kawiarni czarną mrożoną kawę ale przynieśli mi z mlekiem. Powiedziałam, że zamówiłam czarną. Dopiero jak barista sprawdził paragon i odkrył, że faktycznie tak było, zrobił mi nową. Jak na śniadaniu w hotelu jajka sadzone okazały się zimne i Jon poprosił kogoś z obsługi o ciepłe, to pani menadżerka zaczęła próbnikiem sprawdzać temperaturę całego bufetu, a my finalnie ciepłych jajek się nie doczekaliśmy. W tym przypadku poskarżyłam się na serwis u konsjerża i dostaliśmy voucher na przeprosinowego drinka w hotelowym barze, a na małe P. w pokoju czekały małe upominki. W restauracji na Okęciu (bardzo eleganckiej zresztą) śliczna młoda kelnerka powiedziała, że niestety nie możemy zamówić panini z samym serem (dzieci, wiadomo) jeśli w karcie jest panini z serem i szynką. Ta sama kelnerka, krzyczała potem do koleżanki przez pół sali ‘Marzena! To ja teraz idę zajarać!’. Podsumowując, doświadczenie jest jednak na plus, a nie minus.
Z Warszawy pojechaliśmy pociągiem do Białegostoku. Pociąg był o czasie i wszystko było super poza brakiem entuzjazmu u konduktora. To chyba nagminne. Parę lat temu opisywałam historię z paniami konduktorkami w pociągu sypialnym relacji Kraków-Świnoujście. W drodze powrotnej nawet młodsza P. skomentowała ‘ten facet brzmi jakby nienawidził swojej pracy’. W odczuciu dziewięciolatki, która nie rozumie zbytnio języka Polskiego, to naprawdę nie jest komplement i powinien firmie InterCity dać do myślenia.
Z dworca odebrała nas Kasia i zawiozła do Makro, gdzie czekał na nas wypożyczony jeździk. Z całego serca polecam wypożyczalnię EastRent. Zrobiłam porządny research zanim się na nich zdecydowałam (nie byli najtańsi) i było warto. Jazda wypożyczonym autem to zawsze jest stres ale z firmą EastRent na pewno mniejszy. W sumie przez 10 dni na Podlasiu zrobiłam 1008 kilometrów. Cieszę się, że miałam okazję przypomnieć sobie, jak się jeździ po prawej stronie, bo nie robiłam tego od dziesięciu lat, odkąd rodzice sprzedali najlepszy samochód ever czyli czarnego Opla Astrę II z silnikiem 1.8. Każdego dnia byłam absolutnie zachwycona stanem dróg na Podlasiu. W największej dziurze był piękny dywanik, jeśli zdarzył się jakiś połatany kawałek (bardzo rzadko) to żartowaliśmy sobie ‘Oho, tutaj Unia się skończyła’. W UK dziury są nawet na autostradach.

Kolejna polecajka to dom, który wynajęliśmy. ‘Klonowy zakątek’ niedaleko Michałowa to dom bardzo wygodny i bardzo ‘instagramowy’. Przede wszystkim doskonale dostosowany do… wieczorków panieńskich, ale dla rodziny ze starszymi dziećmi był również bardzo wygodny. Solidnie wybudowany i wykończony w bardzo wysokim standardzie. Wieczorem kąpaliśmy się w bani. Trzy sypialnie, półtora łazienki, ekspres do kawy na ziarna, zmywarka, super wygodne, ogromne łóżka, duży stół, wygodny narożnik oraz meble ogrodowe, okna z moskitierami. W koło cisza i spokój.








Mam zaskakująco mało zdjęć z urlopu, ale myślę, że to dobrze świadczy o urlopie. Z naszego domku mieliśmy 10 minut samochodem do Michałowa. Tam była Biedronka, którą moja mama określiła jako luksusową (ja się na Biedronkach nie znam, znam się tylko na Lidlach), dobra piekarnia oraz sklep ‘Przysmaki Podlasia’. Zresztą takich sklepów w okolicy było sporo, przypominały mi sklepy ‘Billigsten zigaretten’ w Świnoujściu. W Michałowie był też piękny miejski ośrodek sportu i rekreacji, ze wspaniałą pływalnią, siłownią oraz orlikami na około. Basen był porównywalny z pływalnią Uznam Arena w Świnoujściu, którą bardzo lubię, ale część rekreacyjną miał nawet lepszą, bo była zjeżdżalnia. Na pływalni obowiązywały czepki. Jeśli ktoś nie miał, to można było pożyczyć od ratownika (gogle też). A jak ktoś zignorował znaki, że czepek jest wymagany, to koło niego zaraz pojawiał się ratownik, trzymający czepek w ręku. Szalenie mi się to podobało. Dziesięć minut do Michałowa, dziesięć minut nad zalew Siemianówka, gdzie dziewczyny szalały na dmuchańcach. Nie polecam restauracji ‘Żubr nad zalewem’. Jedzenie drogie i okropne, brak opcji dla dzieci, a kelnerki chyba z łapanki, nie wiedzą o co chodzi.
Inne atrakcje były około 40 minut drogi, poza Tykocinem, do którego jechaliśmy godzinę. Tam powstał zamek, gdzie 25 lat temu były ruiny, a moja ciocia weszła nowym butem w krowi placek. Tykocin zwiedzaliśmy z Kasią i Mikołajkiem, niestety restauracja, którą mieliśmy w planach była całkowicie zarezerwowana i wylądowaliśmy w żydowskiej restauracji Tejsza, gdzie tego samego kugla, serwowała ta sama Pani co 25 lat temu! Jeśli wybieracie się do Tykocina to zróbcie sobie rezerwację, bo to miasteczko często odwiedzają, duże zorganizowane grupy i o obiad jest ciężko.





Muszę przyznać, że małe Pimposhki były dość oporne na uroki Podlasia. Entuzjazm oglądania kolejnych zabytków, szczególnie cerkwi u starszej P. sięgał czasem bruku. No trudno. Kraina otwartych okiennic nie zrobiła na mnie jakiegoś wrażenia. Opiekunka cerkwi w Trześciance, zaserwowała zwiedzającym 20 minutową pogadankę religijną, wielokrotnie podkreślając, że Kościół Prawosławny nie ma nic wspólnego z Rosją. Ziew.
Szalenie podobał mi się za to Supraśl. Śliczne miasteczko, piękny klasztor, miłe panie w informacji turystycznej, bulwary nad Narwią, urokliwa ulica z Domami Tkaczy i archiwalnymi zdjęciami na płotach. Piękne liceum plastyczne imienia Grottgera. Byłam szczególnie zachwycona Muzeum Ikon. Ekspozycje były fantastycznie zaaranżowane, a 500-letnie polichromie ze zniszczonej cerkwi w Supraślu zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nie mogliśmy uwierzyć, że nie były schowane za jakąś szybą. Zaprosiliśmy rodziców na obiad do restauracji ‘Duchowe Łąki’. Było bardzo smacznie. W sali porozstawiane były stoiska z lokalnym rękodziełem, biżuterią, ziołami, miodami, kosmetykami, ceramiką itd. Było trochę dziergadełek. Uprzejmie donoszę, że trójkątna, średniej wielkości chusta robiona francuzem z bardzo przeciętnej mieszanki akrylu i wełny (z dużą przewagą akrylu) kosztowała 350 zł.









Na koniec odwiedziliśmy Indiańską wioskę, która mieści się na łące zaraz koło głównego placu w mieście. Tam para oszołomów, zakręcona na punkcie dzikiego zachodu ma całkiem fajną atrakcję dla dzieci. Można było przejechać się na koniu, nakarmić i pogłaskać alpaki i dowiedzieć się więcej o Indianach w namiocie tipi. Pani, która to prowadziła była bardzo sympatyczna. Obstawiam, że w poprzednim życiu była pedagogiem i to chyba takim z tych lepszych.



Drugim miejscem, które zrobiło na mnie duże wrażenie był Skit w Ordynkach. Bardzo ciekawe miejsce i gdybym była facetem, w średnim wieku, który nie wie co zrobić ze swoim życiem, to na pewno udałabym się właśnie tam.


Pobyt na Podlasiu to też trochę wizyta sentymentalna. Moja Babcia, mama mojej Mamy, urodziła się w Hryniewiczach Małych koło Bielska Podlaskiego, a potem uczyła się na położną w Pałacu Branickich w Białymstoku. Mama odwiedziła stare kąty, spotkaliśmy się też z moim kuzynem, który jest cenionym kariologiem (że jest ceniony dowiedziałam się na imprezie urodzinowej u Kasi, gdzie było dużo lekarek). Razem z żoną mają piękny dom, który by przyprawił DAD o ogromne kompleksy, małe P. poznały swoich kuzynów i jest jeszcze pies, który odmawia mieszkania w domu i mieszka w budzie (a jest to Shih Tzu).
Swoją drogą w Bielsku też byliśmy, w sprawach administracyjnych i przy okazji wyczaiłam bardzo, ale to bardzo przyzwoitą pasmanterię, która spokojnie mogłaby konkurować z tymi w Londyńskim Soho.





W drodze powrotnej również zahaczyliśmy o Warszawę, tym razem z dziećmi. Oddaliśmy samochód w wypożyczalni (zero problemów) i zamówiliśmy taksówkę na dworzec. Taksówkarz rozmowny (oh jak mi się to podoba, na taryfie powinni jeździć tylko tacy) pyta się czy jest komu pracować w Anglii. Ja na to, że właśnie nie. Wszyscy, którym chciało się pracować wrócili do Polski (oprócz mnie ma się rozumieć). Na to on, że faktycznie dużo ludzi wróciło i to widać. Pytam się, a jak to widać? On na to, że kiedyś młode kobiety nie były sprzątaczkami (tylko stare), a teraz młode kobiety wracają, zakładają firmy sprzątające i zatrudniają też młode. A po czym poznać budowlańca, co pracował w Anglii? Bo wcześniej nikt nie jechał do pracy w roboczych ubraniach, a teraz takich na ulicach pełno. Tego drugiego nie mogłam zweryfikować, ale widziałam ekipę sprzątającą pociągi złożoną wyłącznie z bardzo młodych ludzi (no ale są wakacje).

Podobało mi się, że pociąg był podstawiony dużo wcześniej i mogliśmy spokojnie zająć swoje miejsca. Mieliśmy bardzo dużo bagażu. Na Dworcu Centralnym wysiadaliśmy i wypakowujemy te walizki. Na wejście do pociągu czeka starsza pani i aż nam pomaga z tymi walizkami, bo tak jej się spieszy, aby do tego pociągu wejść. Na bank to jest moje alter ego. Tym razem zarezerwowaliśmy Hotel Mercure na Kruczej, bo mają tam bardzo hojne rozmiarowo pokoje rodzinne. Hotel nie jest tak luksusowy jak Prezydencki, ale wszystko jest na miejscu, a materac jest dużo wygodniejszy. No tylko te zimne jajka. Śniadania nie mogę polecić.
Krusza nie jest daleko, ale mieliśmy mnóstwo bagażu, więc musieliśmy wziąć taksówkę. Owszem jest, luks, duża i w ogóle, czeka na nas. Nie przyszło mi do głowy, że mafia taksówkarska dalej działa. Myślałam, że Trzaskowski się już z nimi rozprawił. Na szczęście szybko zauważyłam, że taksometr pokazuje coś zupełnie innego, niż oficjalna stawka na naklejce na oknie. Ponieważ jeszcze nie wyjechaliśmy z parkingu kazałam się wysadzić. Facet chciał 150zł za samo wejście do samochodu (kurs na Kruczą normalnie kosztuje 30zł i to w kombi). I jeszcze za rundkę po parkingu chciał ode mnie 30zł. Powiedziałam mu, że jest oszust. Przeszliśmy na drugą stronę dworca i udało nam się złapać taksówkę z korporacji, która kogoś właśnie wysadziła. Kierowca się nad nami ulitował, zawiózł nas do hotelu i dostał solidny napiwek.
Tym razem postawiliśmy na zwiedzanie. Poszliśmy na Stare Miasto (gdzie młodsza P. zażyczyła sobie zwiedzić kościół Jezuitów – chyba najmniej reprezentacyjny kościół w stolicy haha). Byliśmy w Muzeum Miasta Warszawa. Szalenie podobały mi się stroje i wystawa statystyczna. No i widok.






Następnego dnia wybraliśmy się do Muzeum Powstania Warszawskiego (polecajka taksówkarza, który wiózł nas z lotniska dwa tygodnie wcześniej, kiedy się zapytałam czy to, czy Polin). Dużo się dowiedziałam o Powstaniu Warszawskim. Tam również bardzo podobały mi się stroje z epoki. Nie zdawałam sobie sprawy, że kobiety dbały o to, aby ładnie wyglądać, na przekór okupantom. Rzeczy, które zauważyłam: misie w sali Małego Powstańca miały ręcznie robione sweterki; fajne były kartki kalendarzowe, które można było sobie wziąć, kawiarenka stylizowana na tamte czasy była urocza. Z muzeum do centrum pojechaliśmy drugą nitką metra, za moich czasów była tylko jedna.








Przed kolacją miałam ochotę na trochę samotności, więc zostawiłam rodzinę w hotelu i przeszłam się spacerem do Muzeum Narodowego. Byłam tam tylko raz w życiu, w liceum, ze szkolną wycieczką. Akurat trafiłam na wystawę ‘Kolekcjoner’ i była to prawdziwa uczta dla każdego fana malarstwa XIX i początku XX wieku. Miałam niesamowitą melodię do oglądania obrazów i ta godzina totalnie mnie odprężyła. Nakarmiłam się sztuką.




Z dzieciakami poruszaliśmy się komunikacją miejską. Niby mieszkałam w Warszawie parę lat, ale jednak było to dawno i nie prawda. Jestem zachwycona aplikacją ‘Jak dojadę’. TFL (Transport for London) może się schować, szczególnie jeśli chodzi o ceny biletów i jakość oferowanych usług w zamian.

Następnego dnia mieliśmy jeszcze czas aby się przejść Nowym Światem. Nowy Świat to teraz taka Ateńska Plaka, praktycznie na ma tam nic innego poza restauracjami. Czasem w bramie, obok szyldu prawników czy notariuszy widać dyskretny szyld jakiegoś atelier fryzjerskiego. Podobnie Chmielna, butiki ustąpiły miejsca knajpom. W Warszawie dwa razy poszliśmy na sushi, bo małe Pimposhki lubią. Starsza w zasadzie najbardziej to lubi ryż. Niestety nie znaleźliśmy takich barów sushi jak w Anglii, są raczej restauracje, więc sushi jest dwa razy droższe, ale za to przystojni panowie skręcają rolki na widoku. Jedyne, czego nie zrozumiem, to sushi z serkiem Filadelfia. To chyba jakiś lokalny wybryk, tak jak WieśMak. Podobało mi się bardzo, że kiedy chcieliśmy zamówić ryż dla starszej, kelnerki proponowały po prostu ryżową rolkę. Cudny pomysł. A starszej P. podobał się jeszcze bardziej.





A potem już tylko kurs na lotnisko z kolejnym rozgadanym kierowcą. Lecieliśmy przez Amsterdam, młodsza P. skwitowała, że to bardzo fajne lotnisko. Serio, ona ma dziewięć lat i już wyrobione zdanie na temat lotnisk. Cieszy mnie to, że moje córki to prawdziwie wysezonowane podróżniczki.





Ufff! Pewnie już dopijacie drugą kawę co? Rozpisałam się dzisiaj a i tak wszystkiego co chciałam, nie napisałam. W zeszłym roku z różnych powodów urlop był taki sobie, ale ten wynagrodził nam z nawiązką. To był fajny, rodzinny czas. A Polska jest piękna!
Życzę Wam miłego tygodnia. Mam naładowane baterie i dobrze, bo wrzesień będzie u nas brutalny, jeszcze tylko nie wiem jak bardzo. Byle do przodu.
Dodałam przycisk z lajkiem. Można go nacisnąć i dać mi znać, że ‘jestem’, ‘przeczytałam’, ‘dobra robota’, ‘fajnie, że jesteś’, ‘doceniam to, że piszesz’. Dla mnie jest to znak, że ktoś tam po tej drugiej stronie jest i czyta. Umawiamy się, że naciśnięcie tego przycisku nie oznacza, że koniecznie zgadzacie się z treścią wpisu, ok?
