Nie chcę być jak moi rodzice

Spokojnie, nie ja i nie moi rodzice. Chodzi mi o dzisiejszych młodych ludzi po studiach, którzy nie chcą powielać życiowych schematów swoich rodziców; w szczególności odrzucają kulturę zap*****lu.

Ja jestem typowym przykładem kultury zap*****lu. Co prawda na wysyp zagranicznych korporacji w Polsce w okresie transformacji trochę się spóźniłam. Moja o parę lat starsza kuzynka za to skorzystała i teraz jest panią w zarządzie zagranicznego banku. Ale za to z Unią Europejską mi się udało. Powiedziałabym nawet, że bardziej mi się udało niż dzisiejszej młodzieży. Bo jednak bardziej potrafię docenić dzisiejsze możliwości, które zetki biorą za normalne. A system teraz nie wyrabia i maluchy czują się bezradne.

Chociaż nigdy nie pracowałam w typowej korporacji, to zdecydowanie wyrosłam w przekonaniu, że ciężką pracą można do czegoś w życiu dojść. I doszłam. W tej rodzącej się demokracji moi rodzice dali mi wędkę i ja tą wędkę potrafiłam wykorzystać. Kiedy Polska wchodziła do Unii, ja wchodziłam w dorosłość i byłam doskonale przygotowana. Można powiedzieć, że według standardów, które właśnie ulegają przeterminowaniu, osiągnęłam życiowy sukces, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Żaden rodzic chyba nie pragnie więcej dla swojego dziecka.

Ale dzisiaj przed rodzicami młodych ludzi, takich 25+ stoją zupełnie inne wyzwania. Młodzi chodzili do prywatnych szkół, uczyli się języków obcych i programowania (już słyszę ten chichot sztucznej inteligencji), mieli multum zajęć dodatkowych, zagraniczne wycieczki, korepetycje, laptopy i gadżety, w końcu dobre studia. Wszystko zgodnie w planem, wszystko tak jak ich rodzice, tylko w wersji 2.0. I co?

Czytam sobie o młodych ludziach, którzy po studiach wrócili do rodziców i mieszkają w swoim dawnym pokoju (jeśli rodzice w międzyczasie nie przerobili go na swoją sypialnię). Czy pracują? Oczywiście. Pracują jako magazynierzy, sprzedawcy, kelnerzy, bariści. Praca, która nie za bardzo stresuje i pozwala im na utrzymanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Bo ta równowaga to coś, co młodzi cenią sobie najbardziej na świecie.

Młodzi mówią „nie” kulturze zap*****lu, nie chcą być jak ich rodzice, którzy zaharowywali się, pracując dla kogoś, oddając jakiemuś tam pracodawcy swoje najlepsze lata życia, zamiast stawiać na samorozwój. Może stracili zdrowie. Przecież nie warto. Człowiek ma tylko jedno życie – ja nie chcę być jak moi rodzice.

Pensja z takiej pracy to raczej kieszonkowe, które pozwala młodym mieć fajnego laptopa, ajfona, dyniową latte czy wegańskiego burgera na mieście, niezłe ubrania czy buty, może hulajnogę elektryczną. No i pozwala im odkryć to, co naprawdę chcą w życiu robić; mają czas aby rysować komiksy albo rozkręcać swój kanał na YouTube. Cały czas szukają swojej drogi, studia wszak przestały dawać gwarancję na cokolwiek.

Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że, odrzucając kulturę zap*****lu, cały czas z niej korzystają. Nie chcą być jak rodzice, ale mieszkają w ich mieszkaniu, jedzą z ich lodówki, piorą w ich pralce itd. Często nawet nie dorzucając się do rachunków.

Szeroko pojęta tradycyjna „dorosłość”, czyli praca, kredyt, ślub, dzieci – to coś, co dla ludzi 25+ jest dzisiaj abstrakcją. Nawet ci, którzy próbują odłożyć kasę na wkład własny, widzą, jak zajączek cały czas im ucieka. Jak już coś odłożą, to oprocentowanie kredytów idzie w górę, bo pomarańczowy facet za oceanem wstał z łóżka lewą nogą. A zresztą jaki ma sens kupowanie kawalerki w wieku 30 lat, kiedy to czas, aby zakładać rodzinę, a w takim mieszkaniu to nawet chomika nie ma gdzie trzymać? Jaki jest więc sens się w ogóle starać? Lepiej jechać z plecakiem na rajd po Tajlandii na 12 miesięcy albo kamperem objechać Europę. Problem w tym, że młodzi raczej nie mają pomysłu na alternatywę dla kultury zap*****lu; po prostu się z niej wypisują, często albo żyjąc na czyjś koszt, albo wegetując.

I w zasadzie jeszcze parę lat temu oburzałabym się na te rozpieszczone, zepsute nieroby, zbyt mocno skupione na sobie i zbyt skwapliwie korzystające z pomocy rodziców. Dzisiaj już tak nie myślę. Dzisiaj im współczuję. Porządek i kontrakt społeczny, jaki znam, już nie istnieje. Nowy chyba jeszcze się nie utworzył, a to, co się rysuje na horyzoncie, absolutnie nie napawa optymizmem. Jedyne co mi pozostaje to mieć nadzieję, że przesilenie nastąpi zanim małe Pimposhki zaczną wchodzić w dorosłość, cokolwiek ona dzisiaj oznacza.


Dodałam przycisk z lajkiem. Można go nacisnąć i dać mi znać, że ‘jestem’, ‘przeczytałam’, ‘dobra robota’, ‘fajnie, że jesteś’, ‘doceniam to, że piszesz’. Dla mnie jest to znak, że ktoś tam po tej drugiej stronie jest i czyta. Umawiamy się, że naciśnięcie tego przycisku nie oznacza, że koniecznie zgadzacie się z treścią wpisu, ok?

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
By Pimposhka
0
Would love your thoughts, please comment.x