Miałam robić sobie blogową przerwę ale tym muszę się z Wami podzielić bo jak powiedziała moja mama ‘będziesz miała temat na bloga’. Jesteśmy na wywczasie, agroturystyka koło Łobza (to zresztą też temat na inny wpis bo mieszkamy u bardzo ekscentrycznej osoby). Zaraz wracamy do domu co znaczy, że musieliśmy z Jonem zrobić sobie test na koronę. Po przeszukaniu internetów wyszło nam, że najbliżej mamy do szpitala w Drawsku Pomorskim, gdzie robią testy kasetkowe po stówie i wystawiają certyfikat w języku angielskim. W poniedziałek zadzwoniliśmy do szpitala aby dowiedzieć się o szczegóły, ‘tak jak najbardziej można przyjechać’ itd.
No to dzisiaj wstaliśmy o świcie, zapakowaliśmy się do auta, pokonaliśmy 30 km do Drawska. Znaleźliśmy szpital, parking i punkt wymazu. Punkt czynny od 8:00, my byliśmy 7:45 obawiając się kolejki (w Świnoujściu co rano jest całkiem spora) ale byliśmy tylko my. O 8:04 przyszła pani w mundurze Wojsk Obrony Terytorialnej, otworzyła kantorek po czym zakomunikowała, że testów nie ma, nie wie gdzie są i w ogóle nic nie wie. Powiedziała, że do wczoraj testy i certyfikaty wydawał SOR ale SOR się zbuntował, od dziś są nowe zasady i nic nie wiadomo. Dodam, że Pani była tak samo wkurzona jak my.
Po jakiś trzydziestu minutach nerwówki i ganiania po szpitalu (zarówno Pani jak i my) udało się zlokalizować pudełko testów. Wtedy Pani powiedziała, że mam iść do laboratorium aby za testy zapłacić (bo tam jest kasa) a potem ‘tam do okienka’ gdzie inna Pani wyda certyfikat, który potem już ona uzupełnia wynikiem dodatnim albo ujemnym. Dobra wiadomość była taka, że certyfikat dostajemy od ręki.
Pobiegłam więc do laboratorium a tam kolejka jak…… kasa owszem, ale w tym samym pokoju, w którym się pobiera. Zapukałam. Na szczęście pozwolono mi wejść i zapłacić. To drugie okienko okazało się być…. Izbą przyjęć. Przed nami co prawda tylko trzy osoby ale przyjęcie na oddział wiadomo trwa i trwa szczególnie w dobie korony. Czekaliśmy chyba dobre pół godziny, więc już zaczęłam się martwić, że zaraz nam ten punkt poboru zamkną (bo do 10:00). Pani z WOTu wpadła i mówi, to chodźcie państwo na test już teraz (bo na wynik czeka się 20 minut) to wynik będzie już gotowy jak tylko będziemy mieć certyfikat. Ok, poszliśmy a w kolejce zostawiliśmy Pana Kapitana. Sam test trwał 30 sekund, wiadomo. Nawet sami sobie w nosie grzebaliśmy patyczkiem. Wróciłam, pani wreszcie przyjęła wszystkich pacjentów i nadeszła nasza kolej. Zajęło jej to jakieś 5 minut i już mieliśmy certyfikaty. Poszliśmy odebrać wyniki, na szczęście oba negatywne. Te testy mają to do siebie, że dają dość duży odsetek fałszywych wyników pozytywnych (W Anglii pozytywny test kasetkowy trzeba potwierdzić testem PCR, tak się złożyło, że nam raz zamknęli przedszkole bo opiekunka miała pozytywny wynik testu kasetkowego a na drugi dzień przedszkole otworzyli, bo jej test PCR był negatywny). Boję się myśleć co by było, gdyby wynik naszego testu okazał się pozytywny.
W sumie zajęło nam to ponad półtorej godziny a przez pierwsze pół nie wiedzieliśmy nawet czy uda się zrobić test a przecież jechać do domu trzeba. Generalnie pracownicy byli mili i pomocni ale organizacja do kitu! Jon powiedział, że już nigdy nie będzie narzekał na NHS. A tak swoją drogą to takie same testy kasetkowe mamy ze sobą, przywiezione z Anglii gdzie są dostępne za darmo w aptece, do samodzielnego testowania. No ale potrzebny też certyfikat.
Ale na granicy przyjmują też test antygenowy, a on już jest o wiele tańszy!:)
Dokładnie. W UK też jest mnóstwo takich absurdów, szkoda gadać. Szczególnie jeśli chodzi o covid, np. mając objawy i jadąc na test można użyć komunikacji miejskiej…
Dokładnie tak. Ja przez moją operację nabrałam nieco nowego doświadczenia ;).
Zgadzam się, szczerze to wszystkie osoby były naprawdę w porządku, to procedury były do niczego i masz rację, mnie by też wkurzało jakbym pracowała w takich warunkach. Mam wrażenie, że ludzie robili co mogli, system sobie a ludzie sobie co zresztą w ogóle zauważyłam tak generalnie ale to temat na inny wpis.
Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Jedyna nadzieja jest taka, że rząd tutaj ma się zabrać za tą wolną amerykankę jeśli chodzi o testy. Głupotą dla mnie jest, że jeśli zrobiło się test 5 dnia to po co jeszcze 8 dnia? Chociaż jeśli chodzi o ceny to nie jest tak źle bo w Polsce text PCR kosztuje ponad 600 zł a w UK połowę tego (no ale trzeba ich zrobić dwa razy więcej). Ja trzy razy musiałam bukować test 'po przyjeździe' (raz dla mamy i dwa razy dla nas) i za każdym razem użyłam innej firmy bo zawsze było coś nie tak. Za trzecim razem skorzystałam z Dante Labs i z ich usług skorzystam ponownie jeśli będzie taka potrzeba. Natomiast co do tego dzwonienia… masz rację jest to wkurzające. Do mamy dzwonili codziennie, czasem ktoś tylko wyklepał formułkę do mnie, czasem chceli usłyszeć głos mamy a jedna facetka kazała dać się na głośnik i wszystko mamie tłumaczyć. Okropnie to było upierdliwe, ale pomyślałam sobie, że ja muszę tego słuchać raz dziennie a oni muszą tą formułkę klepać cały dzień i codziennie. Chyba nie ma takich pieniędzy, które byłby mnie w stanie skłonić do takiej pracy.
W szczycie pierwszej fali, musieliśmy zrobić badania Małemu w szpitalu, dodam, że zdecydowaliśmy się zapłacić za badania aby było szybciej. Po dwóch godzinach błądzenia od okienka do okienka, wizycie na chyba wszystkich możliwych oddziałach i skardze u dyrekcji szpitala, udało się. Nigdy więcej. Ciekawe co by było gdybyśmy byli chorzy na Covid?
Niestety chory czy potrzebujący człowiek musi umieć poruszać się po szpitalach/przychodniach. Też mnie to kiedyś frustrowało. Teraz wychodzę z założenia, że skoro coś muszę załatwić to muszę, a potem puszczam w niepamięć. Ostatnio koleżanka opowiadała mi, że sama musiała sobie przypilnować wszystkiego (nie chodzi o rzeczy, które ze sobą przyniosła) będąc na badaniach w szpitalu w USA, a szpital do tanich nie należał.
Magdalenka
No szpitale/poradnie cokolwiek są fatalne w tym względzie, uwielbiam to nastawienie, że wiedza o wewnętrznych procedurach spływa na ludzi ze ścian wraz z przekroczeniem progu. Zawsze trzeba ustalić, czy tu się idzie po gabinet, gdzie jest gabinet, czy trzeba podejść do rejestracji, czy lekarz woła, czy trzeba wejść. Kosmos. Ale też bym była wiecznie wkurzona pracując w takich warunkach, także takie mam mieszane uczucia.
W ciągu dwóch ostatnich miesięcy musiałam w sumie zrobić… 8 testów! Dwa w Polsce i aż 6 w Londynie. Te w Polsce wykonywałam zawsze w prywatnych placówkach. Pierwszy pobrany został bez problemu, ale wynik dostałam dopiero na drugi dzień. Drugi zaś sprawił trochę problemów na początek, bo firma podawała błędny adres (!) i wszyscy kierowali się do punktu w centrum miasta, zamiast na lotnisko. Ale i tak nas obsłużyli, ale czekaliśmy godzinę na otwarcie. Ale wynik od ręki. Polskie testy były w całkiem przyzwoitej cenie.
Niestety 6 kolejnych testów kosztowało już niemały majątek, jeśli przeliczymy na złotówki 🙂 Sama ich liczba jest dla mnie mocno przesadzona, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że do kraju musiałam wjechać z testem wykonanym zaraz przed odlotem. Myślę, że Twoja mama przerabiała to samo? My, oprócz dwóch obowiązkowych testów, wykupiliśmy test zwalniający nas z kwarantanny, bo 10 bezczynnych dni w hotelu kosztowałoby nas więcej niż ten dodatkowy test 🙂
Co do obsługi to nie mam większych zastrzeżeń – za pierwszym razem jechaliśmy sami do prywatnej placówki, a już po przeprowadzce zamówiliśmy obowiązkowe testy do domu i ja nam je wykonałam (Mateusz nie mógł się przełamać:)). Test zwalniający oczywiście prywatnie, inaczej wynik (przy tym domowym) dostalibyśmy po obowiązkowej 10-dniowej kwarantannie 😀
Mnie, jak już Ci chyba wspominałam, najbardziej jednak denerwowało dzwonienie do mnie… dwa razy w ciągu jednego dnia! 🙂 Tak się właśnie działo gdy przyjechaliśmy szukać mieszkania. Jakość połączenia była okropna, więc trwało to wieczność, ja nic nie rozumiałam bo zgrzytało, a oni wyrzucali te formułki z prędkością światła. A że musiałam potwierdzać lub zaprzeczać w odpowiednim momencie, to nie dało się po prostu poudawać, że się rozumie 🙂
I to wszystko działo się gdy już byliśmy w pełni zaszczepieni! Tego powitania nie wybaczę Brytyjczykom zbyty szybko. Trochę im zajęło ogarniecie sprawy z wjazdem do kraju osób zaszczepionych w unii europejskiej. Mam niestety wrażenie, że to był trochę celowy zabieg by ograniczyć ruch przed otwarciem kraju dla obywateli. Z jednej strony trochę rozumiem, z drugiej jestem zła bo zapewnili nam spore wydatki, zabrali czas i podrzucili worek dodatkowego stresu 🙂