No dobrze, zostawmy już kwestię szczepień za nami. Przynajmniej na teraz. Dziś bonusowy wpis bo na grudzień tradycyjnie zamykam bloga a jeszcze Wam obiecałam w tym roku jeden wpis o DAD. W zeszły weekend, nieco podziębiona i z przesiadką (i kibicami na pokładzie) ale za to zdeterminowana pojechałam do Londynu. Umówiłam się z Marzeną na rajd po tamtejszych sklepach z materiałami. Marzena czekała na mnie na stacji, z marszrutą zrobioną w telefonie.
Przystanek numer jeden to The Village Haberdashery (klik). Bardzo sympatyczny sklep. Oprócz przyzwoitego asortymentu z materiałkami mają tam też wybór włóczek, drutów, różnych zestawów rękodzielniczych (szydełko, wyszywanie itd.) i nawet trochę przydasiów papierniczych. To taki sklep dla rękodzielniczek z różnymi talentami, więc można znaleźć coś fajnego aczkolwiek asortyment trochę losowy. Ja kupiłam dwie tłuste ćwiartki bo kostka sensoryczna tak się spodobała Matyldzie, że szef zamówił u mnie taką drugą dla jej malutkiej kuzynki, która się właśnie urodziła. Obie kupiłyśmy tkaną flizelinę i a ja dodatkowo jeszcze flizelinę-polar (widziałam na YouTube filmik jak facetka przy jego użyciu uszyła małą kosmetyczkę z cienkiego jedwabiu).
Przystanek numer dwa (w całkiem uroczej dzielnicy Islington) to Raystitch (klik). O rany! To prawdziwy raj jeśli chodzi o materiałki. Mieli tam dosłownie wszystko, włoski denim, europejski len, sztruks, wełnę garniturową, bardzo dużo przeróżnych dżersejów i dresówek, jedwab (z bambusa ;), ściągacze, tłuste ćwiartki a do tego taśmy, koronki, zamki, najróżniejsze przydasie, guziki i cały salon z kanapą na środku i ścianami zapełnionymi wykrojami. Sklep niby niewielki a można się tam zgubić na wiele godzin, należy się jednak trzymać za kieszeń. Ja zrobiłam zakupy hurtowe bo aż tak często w Londynie teraz nie bywam.
Kupiłam czarny denim z odrobinką spandexu na dżinsy, trzy metry dżerseju z modalu na jakąś fajną letnią sukienkę do ziemi (był w promocji), przecudną dresówkę, cieniutką niczym interlock i bardzo ciekawy dżersej o strukturze wafla. Nie jest tanio, bo wszystko po jakąś stówę za metr. Swoją drogą to chyba ten waflowy dżersej widziałam w popcouture (klik) za połowę ceny, myślę, że warto mu się przyjrzeć. Jest grubszy (tak jak interlock), super na jakąś podomkę albo szlafrok.
Wszystko zmieściło mi się w torbie, z bardzo uroczym sloganem: Próbuję przemycić to do domu.
Z Islington pojechałyśmy do samiutkiego centrum, oko cyklonu czyli Oxford Street. Na (nomen omen) Poland street był nasz trzeci i ostatni przystanek MacCuloch & Wallis (brzmi trochę jak nazwa domu pogrzebowego, klik). Tutaj nic nie kupiłam ale to nie znaczy, że sklep jest zły. Przede wszystkim to sklep bławatny z niesamowitą ilością koronek, taśm wykończeniowych, sznurków, zamków, guzików itd. Coś dla siebie znajdą też modystki (tu przypomniała mi się Jonka jak szukała woalki z dużymi okami). Materiałki są i owszem i to całkiem spory wybór. Tyle tylko, że te materiałki są głównie na rolkach a nie na bretkach i choć ułożone są według jakiegoś systemu to jednak ten sklep to dla mnie taki TkMax, gdzie trzeba sobie trochę poszperać. Prawdziwa jaskinia Alibaby. Z pewnością można się tam zatracić na wiele godzin a jeśli jesteście przejazdem w Londynie i nie chcecie się wybierać poza centrum to jest to naprawdę fajna opcja no i (trochę) tańsza niż Liberty niemal po sąsiedzku. Tylko nie polecam tego robić w sobotę po południu ;).
Tutaj dołączył do nas Mateusz i poszliśmy na lancz. Marzena znalazła bardzo fajną tajską knajpkę Busaba (klik), którą serdecznie polecam. Fajne miejsce, posadzili nas szybko pomimo braku rezerwacji , jedzenie bardzo smaczne a ceny przyzwoite.
Znacie ten kawał?
*Czy wszystko w porządku? Nie zrobiliście Państwo jeszcze zdjęcia talerzowi.
Za to obok była różowa kawiarnia, do której stała całkiem spora kolejka. Kawiarnia nazywa się EL&N London (klik) i jest reklamowana jako najbardziej Instagramowa knajpa na świecie. No cóż, nie dziwię się. Po lanczu wpadłam jeszcze na chwilę do Hamleys kupić Lego dla małych Pimposhek. Hamleys o tej porze roku pęka w szwach a Lego było na piątym piętrze…. Mam nadzieję, że nie zafundowałam Marzenie traumy na resztę życia ;). No a potem był już czas aby wrócić do domu.
Rozbestwiłam się ostatnio z tym kupowaniem do szycia bo czeka też cały stos materiałków na ubranka dla małych Pimposhek. Otóż dziewczyny chodzą do nowej szkoły tańca i wymyśliłam sobie, że uszyję im takie ‘ensemble’ czyli dresowe spodnie, koszulki z długim rękawem i dresowe płaszczyki aby miały co narzucić na grzbiet jak idą na zajęcia zimą. Na razie z tego planu udało mi się uszyć dwa worko-plecaki z ortalionu…. cały zestaw pokażę Wam na modelkach jak będzie skończony, pewnie w okolicy 2023 roku ;).
Zdjęcie absolutnie nie oddaje kolorów ale ten czerwony to tak naprawdę cyklamen zwany z angielskiego hot pink (czarny i hot pink to kolory szkoły). Będzie ślicznie. No a po drodze muszę jeszcze uszyć kostium gwiazdki na jasełka. Nowe materiałki, nowe przydasie w tym francuska kur**. Krawcowe wiedzą o co chodzi, a kto mi powie jak to się nazywa fachowo po polsku to wygra lizaka:
Mam jeszcze jednego przydasia do szycia. Coś takiego czego zawsze mi brakowało a nawet nie wiedziałam, że istnieje. Dwa dni temu o czymś takim przeczytałam na jakimś krawieckim blogu i szybciutko zamówiłam. Będę tajemnicza, nie powiem Wam co to jest. Jak zacznę używać to zdam relację. Muszę przyznać, że obecnie czuję się jakbym nieco przeinwestowała. Piękny buduar, dwie lśniące nowiutkie maszyny, góra ‘starych’ i nowych materiałków. Tylko coś mało szycia w tym szyciu. Staram się w tej chwili w miarę spokojnie dzielić swój czas pomiędzy obowiązkami i się nie zajechać. Także materiałki czekają ale już niedługo. W połowie grudnia powinnam mieć więcej czasu i wtedy obie maszyny będą furczały a ja będę mogła Wam pokazać nowe uszytki już w styczniu.









Odpaliłam overlocka (i covera) w ten weekend i jest całkiem nieźle. Coś czuję, że się polubimy 🙂 Dłuższą sesje będę miała dopiero w święta (mam nadzieję).
Magdalena dzięki! Tłuste ćwiartki mają zawrotne ceny!!
Nie ma to jak nowe gadżety do ZPT :). Dzięki za adresy, co prawda na północy a moja rodzinna baza jest na południu Londynu,ale kto wie gdzie jeszcze się zapędzę ;)Fajne zakupy, ciekawa jestem jakie modele powstaną z tych dzianin no i czekam na wiadomości o szyciu overlockiem bo trochę kosmicznie wygląda ta maszyneria od środka. Owocnego i spokojnego grudnia życzę.
Ten tłusty kąsek ma związek z metodą cięcia bawełnianej tkaniny i jest mocno powiązany z techniką patchworku/quiltu.Raczej nie spotyka się tłustych ćwiartek wełny, lnu czy dzianiny, chyba że w resztkach. Tradycyjnie można kupić skinny quarter czyli 1/4 yardu lub metra odliczoną z długości belki – wtedy dostaje się długi i wąski pasek materiału albo gotową i poręczną fat quarter, która powstaje z pociętego na 4 części odmierzonego, pełnego metra lub yardu tkaniny.
Wklejam link z narysowanym wytłumaczeniem.
https://thecraftymastermind.co.uk/faq
Tłusty kąsek to coś atrakcyjnego. Może tłuste ćwiartki są atrakcyjne cenowo? Tak że takie jest moje skojarzenie.
Ja napisałam facetka? No faktycznie. O rany! Chyba byłam chwilowo niepoczytalna. Masz rację, że to sporo lizaków w nagrodę, także już koniec. Teraz tylko szycie, szycie, szycie….
Koniecznie! W Świnoujściu niestety już nie ma sklepu z materiałami ale jest jeden fajny w Szczecinie, który mam w planach odwiedzić w lutym.
Dzięki! 🙂
Uruchomiłam porządnie overlocka w ten weekend i na razie jestem zachwycona! Czuć, że to maszyna specjalna do dzianin i szyje się je na nim dużo łatwiej.
Ha ha wiesz co, w ogóle o tym nie pomyslałam jak nadawałam wpisowi tytuł. Taki klikbajt mi wyszedł co?
No widzisz, Marzena też Ci taki załatwi. A może nawet i my się spotkamy jak przyjedziesz do dzieci? Mam nadzieję, że podczas przerwy świątecznej uda mi się trochę poszyć.
Ciekawa jestem jaka jest etymologia tego słowa.
No patrz, masz rację. Powinnam to pamiętać z zajęć na AGH. Nic dziwnego, że oblałam kolokwium z brył obrotowych.
Krzywiki krawieckie. 🙂
O rany! Znam Raystitch!można tam spędzić godziny. Fajnie ze wam się udał ten wyjazd. Bardzo Karwi jest mieć sporo materiałów ale teraz z overlocker i coverlock pewnie nas zadziwisz. Spokojnego Grudnia kochana
Przygotuję podobny szlak po sklepach na Wasz przyjazd! 🙂
Haha, przyznam, że trochę mnie zdziwił ten tytuł i zastanawiałam się co ja takiego zrobiłam, że tak podpisałaś post o naszej wyprawie! 😛
Taki krzywik i ja mam w planach, ogólnie brakuje mi dużej przezroczystej linijki (a i mam też w głowie krótką listę innych gadżetów, które chciałabym nabyć) więc może kupię jak będziemy (oby niedługo!) zwiedzać Birmingham! Chyba. że nie wytrzymam i kupię wcześniej, ale wiesz jak to u mnie jest z tym podejmowaniem zakupowych decyzji!
A wracając do głównego tematu – sobota była ekstra! Koniecznie trzeba z tego zrobić tradycję i wybierać się regularnie na takie spacery 🙂 Sklep z zabawkami w ogóle mnie nie wystraszył, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo! 😛
Zaczęłam już szyć z tego co kupiłam, nawet wróciłam wczoraj do "zakładu pogrzebowego" po akcesoria, bo w sobotę oczywiście nie mogłam się zdecydować.
Daj znać jak odpalisz w grudniu tę swoją nowiutką, cudowną maszynę i overlocka. Jestem ciekawa wrażeń!
Ściskam!
Ta nazwa nigdy nie przestanie mnie bawić 😀 Zupełnie mi nie pasuje!
Rosołek by z tego nie wyszedł. Pewnie chodzi Ci o ćwiartkę rosołową 🙂 Tłusta ćwiartka (fat quarter) to kawałek materiału, zazwyczaj 50cm na 55cm. Kupuje się takie głównie do wszelkich patchworków i tym podobnych (np. małych projektów jak kostka sensoryczna). W wielu pasmanteriach jest koszyk (albo więcej) gdzie można wybierać w tłustych ćwiartkach. Można też kupić całe zestawy ćwiartek pięknie do siebie dobranych.
Szkoda, że milkniesz na cały miesiąc, ale rozumiem i będę czekać na kolejne niekoniecznie tylko przyjemne dla oka i duszy wpisy. A przez Marzenę i Mateusza sprawy około brytyjskie stały się bliskie mojemu serduchu.
Zazdroszczę handcraftowego spaceru. To nie tylko możliwość zakupu skarbów, ale przede wszystkich sposób na miło spędzony czas. Ja ciągle czekam na moją maszynę do szycia, która już, już po ponad 4 miesiącach dopłynęła do Gdyni, ale czeka na załatwienie spraw celnych, a potem będzie jeszcze czekała u sąsiadów w garażu, bo u mnie szaleństwo remontowe pozwala jedynie robić na drutach.
Najbardziej podoba mi się kolorystycznie zestaw baletowy. Jest bardzo energetyczny, cudny!
Krzywik, faktycznie. Pamiętam z geometrii.
A co to JEST TŁUSTA ĆWIARTKA? Mnie się kojarzy z gotowaniem rosołu.
Ta ku*** to po prostu krzywik. Znam i mam, jeszcze z dawnych czasów kiedy kreśliło się ręcznie. Jak widać to nie tylko krawieckie ustrojstwo…